fbpx

Jordan vs LeBron – kto jest „The Greatest of All Time”?

Nadszedł ten dzień, ostatni odcinek „The Last Dance” za nami. Światła zgasły, muzyka wyłączona, stoły odsunięte pod ścianę. Wypadałoby pójść spać, ale jak to zwykle bywa po zakończonej imprezie trzeba jeszcze dopić, dogadać i dofilozować. Nie można wyjść z sali bez ustalenia jednej rzeczy – No dobra, czyli Jordan czy LeBron jest G.O.A.T (Greatest of All Time)?

Zanim odpowiem na to pytanie trzeba zrobić coś o czym wszystkie analityczne głowy w telewizji i internecie zapominają. Trzeba ustalić definicję G.O.A.T, czyli tego największego w historii. Uważam, że nie chodzi w niej tylko o same umiejętności, ale o stopień dominacji w swojej „epoce”, o wpływ na koszykówkę, świat i kulturę. No bo patrzcie. Każdy racjonalnie myślący i znający historię kibic kolarstwa (pozwolicie, że na chwilę zjadę na szosę) powie, że największym kolarzem wszech czasów jest Eddy Merckx – zwycięzca wszystkich trzech Wielkich Tourów (Tour de France, Giro i Vuelta) i wszystkich najważniejszych wyścigów jednodniowych w latach 60-ych i 70-ych. Czy pokonałby on dzisiaj Chrisa Froome’a? Z pewnością nie. Metody treningu i technologia za bardzo poszły do przodu i nie miałby większych szans, ale nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że Froome jest największym kolarzem wszech czasów, nawet jeśli jest kolarzem wybitnym. 

Ok, definicję mamy za sobą, więc do rzeczy. 

Oto statystyki Jordana i LeBrona z całej kariery

Michael Jordan – 1072 mecze, średnio 38.3 minuty na mecz, 49,7% skuteczności z gry, 32,7% za trzy punkty, 83,5% z rzutów wolnych, 6,2 zbiórki, 5,3 asysty, 2,3 przechwyty, 0,8 bloku, 2,7 straty i 30,1 punktów na mecz. 

LeBron James – 1258 mecze, średnio 38,4 minuty na mecz, 50,4% skuteczności z gry, 34,4% za trzy, 73,5% z rzutów wolnych, 7,4 zbiórki, 7,4 asysty, 1,6 przechwyty, 0,8 bloku, 3,5 straty i 27,1 punktów na mecz. 

Niewiele można wyciągnąć z porównania tych liczb, gdyż zawodnicy ci prezentują zupełnie odmienny styl. To jak porównywać styl średniowieczny z renesansowym, Katedrę Notre Dam i Luwr. LeBron jest lepszy w zbieraniu, bardziej skupia się na rozgrywaniu piłki niż na rzucaniu i jest bardziej skuteczny. Jordan natomiast jest lepszym strzelcem, lepiej rzuca wolne i jest aktywniejszy w obronie. Na podstawie czystych koszykarskich umiejętności można by uznać, że jest remis, ale jak pisałem na początku, nie tylko o umiejętności tu chodzi. Chodzi o to, kto bardziej dominował w swojej epoce i kto był większym zwycięzcą. W tej kategorii Jordan bije LeBrona na głowę. 

„To make everyone around you better” – jest takie sformułowanie po angielsku, które często używa się w kontekście wielkich gwiazd. Obaj robili dokładnie to, choć w inny sposób. Jordan nie przebierał w słowach, treningi traktował jak wojna i pchał do przodu nawet tych, którzy nie chcieli być pchani. Dzięki temu sprawiał, że wszyscy dookoła stawali się lepsi. LeBron jest kreatorem gry, świetnie podaje i na nim skupia się defensywa rywali. Dzięki temu jego koledzy mogą oddawać rzuty z łatwiejszych pozycji. Sprawia zatem, że nie tyle stają się lepsi, co ich życie staje się łatwiejsze. 

Fakt, zawodnik z Akron, Ohio ma na koncie dziewięć wizyt w finałach NBA, ale tylko trzy tytuły. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie zawsze miał tak mocną ekipę jak Jordan, który zawsze miał u swojego boku Scottie Pippena. W 2007 roku LBJ doprowadził do finałów Cleveland Cavaliers, gdzie drugim najlepszym zawodnikiem był Drew Gooden (!), a w 2015 musiał sobie radzić bez Kyrie Irvinga i Kevina Love’a, którzy z powodu kontuzji nie byli w stanie mu pomóc w finałach. Ale już w pozostałych latach jego drużyna pod względem talentu i zdrowia nie ustępowała nikomu w lidze, a pomimo tego przegrał w 2011 roku z Dallas Mavericks (grając w Miami Heat z gwiazdami ligi, Dwayne’m Wadem i Chrisem Boshem) oraz w 2014 z San Antonio Spurs (również z Wadem i Boshem, wygrywając tylko jeden mecz z pięciu). W 2012 i 2013 jego Heat planowo zgarnęło dwa tytuły, pierwsze dwa dla Jamesa, a w 2016 roku LeBron wyprowadził Cleveland z ogromnym tarapatów i wyszedł z dołka 1:3, wygrywając 4:3 z Golden State Warriors. Tymi samymi Warriors, którzy kilka miesięcy wcześniej zanotowali rekordowy bilans w sezonie zasadniczym, triumfując 73 razy, a przegrywając zaledwie dziewięć. Potwierdził on tym samym, że należy mu się miejsce wśród najlepszych w historii. W latach 2017 i 2018 musiał się zmierzyć z być może najbardziej napakowaną talentem drużyną jaka kiedykolwiek biegała po parkietach, Warriors ze Stephem Curry, Klay’em Thompsonem i Kevinem Durantem, ale żeby w obu finałach wygrać łącznie tylko jeden mecz na dziewięć, to nie przystoi komuś kto ma ambicje by strącić Jordana z tronu i zastąpić go w drużynie Looney Tunes. 

A jak wyglądała historia MJ-a w finałach? Odkąd Scottie Pippen wszedł na poziom All Star, Jordan nigdy nie nie wygrał mistrzostwa (nie licząc sezonu 1994/1995, gdy wrócił jako baseballista). Wygrał sześć razy, nigdy nie przegrał. Nigdy nie oddał w finale rywalom więcej niż dwa mecze. Co więcej, nigdy od sezonu 1990/1991, wliczając w to sezon zasadniczy, nie przegrał trzech meczów z rzędu. Miażdżył rywali, którzy czuli przed nim autentyczny strach, gdy wchodzili na parkiet. Pozbawił najwybitniejszych zawodników NBA możliwości zdobycia tytułu, bo wszyscy wiedzieli, że to jego liga i nikt nie miał odwagi, mentalności i umiejętności by się mu postawić. Rywale LeBrona czują do niego niesamowity respekt, a przez kilka lat Toronto Raptors nie potrafiło opanować swoich obaw i stresu, gdy mieli się z nim zmierzyć, ale czołowe drużyny ligi wiedziały, że jest on do ogrania. Zrobiły to sześć razy. 

LeBron rozgrywa obecnie swój 17 sezon i poza Kareemem Abdul Jabbarem nie było innego zawodnika, który utrzymywałby tak wysoki poziom przez tak długi czas. Jordan rozegrał 12,3 sezonu (te 0,3 to sezon baseballowy 1994/1995, w którym zagrał tylko 17 spotkań) w barwach Bulls i dwa nieszczęsne sezony w Washington Wizards, ale to było dawno i nieprawda. Grał krócej niż LeBron, ale bardziej intensywnie. Przez całą karierę w Bulls opuścił tylko 5 (!) meczów (nie licząc drugiego sezonu, gdy złamał kość w stopie i stracił większość sezonu zasadniczego), dziewięć razy wystąpił we wszystkich 82 meczach (wliczając w to sezony, w których wygrał czwarte, piąte i szóste mistrzostwo, oraz ostatni sezon w barwach Wizards, gdy miał już 40 lat), a 12 razy notował powyżej 78 gier. LeBron tylko raz rozegrał wszystkie 82 spotkania, a siedem razy więcej niż 78. 

Na koniec argument personalny. Niestety nie miałem możliwości obejrzeć Jordana na żywo, ale byłem w hali Chicago Bulls, gdy ci podejmowali Miami Heat z LeBronem Jamesem w marcu 2014 roku. Dla drużyny z Florydy był to trzeci wyjazdowy mecz z rzędu. Ostatni grali trzy dni wcześniej ze Spurs, a pięć dni wcześniej zmierzyli się z Houston Rockets. Przegrali zarówno z San Antonio (24 punktami, przy 19 punktach Jamesa), z którymi kilka miesięcy później spotkali się w finale (przegranym), jak i z Rockets. Po dwóch z rzędu porażkach, szczególnie z dobrymi drużynami, Jordan nigdy by nie dopuścił do trzeciej (i faktycznie, nie dopuścił w swoich latach świetności). LeBron takiego nastawienia nie miał. Wyszedł na rozgrzewkę pięć minut przed rozpoczęciem meczu i w pierwszej połowie trafił może z 2-3 rzuty. Wyglądał jak niezainteresowany spacerowicz, który nie chce spocić swojej nowej koszulki. Widać było po nim, że się oszczędza i skończył mecz z 23 punktami, przy słabej skuteczności (8 trafionych rzutów na 23). Jego Heat przegrali po dogrywce, przedłużając serię porażek do trzech. Zakładam, że był on wtedy w pełni zdrowy, bo spędził na parkiecie 45 minut. 

Gdy Jordan przystępował do meczu miał w głowie świadomość, że niektórzy widzą go na żywo po raz pierwszy i być może ostatni, więc za każdym razem chciał zrobić dla nich show. Mówił o tym zarówno on sam, jak i jego trener personalny, Tim Grover. Każdy mecz traktował jakby miał to być jego ostatni. LeBron takiego nastawienia nie ma i dlatego miejsce na szczycie koszykarskiego Olimpu należy się jego starszemu koledze. Nie oznacza to jednak, że nie zasługuje, by jego sylwetka została wyrzeźbiona na Mount Rushmore basketu. LeBron to zawodnik wyjątkowy pod każdym względem, zarówno na boisku, jak i poza nim. Trochę nie fair, że trzeba wytykać mu jego wpadki w tej dyskusji, bo na to nie zasługuje, ale tak to już jest jak chce się wygrać z Jordanem jeden na jednego. Trzeba znieść trochę trash talku. 

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!