Blog sportowo-podróżniczy, motywujący do działania i spełniania wielkich marzeń. Wartościowe teksty ze szczyptą humoru oraz inspirujące wywiady z ludźmi sukcesu.

***

Jest takie sformułowanie w języku angielskim „walk the talk”. Nie znaczy to bynajmniej wyjście na spacer z talkiem. Chodzi o przekładanie swoich słów na czyny. Czyli taka odwrotność postanowień noworocznych. A żeby było jeszcze bardziej zdecydowanie i by nazwa strony jeszcze lepiej odzwierciedlała moją biegającą duszę i ciało, postanowiłem zamienić „walk” na „run”. Sprytnie co?

Jest to zatem miejsce dla tych, którzy chcą przestać mówić, a zacząć działać. Dla tych, którym brakuje impulsu lub motywacji, by spełnić swoje marzenia lub podjąć się innych działań, które cały czas są przesuwane na „kiedyś”. Zaproszeni są także ci, którzy tych marzeń nie mają, ale czują potrzebę, by je stworzyć.

Sam mam wiele pozycji na mojej „bucket list”, których jeszcze nie odhaczyłem i tylko odwaga stoi na drodze do ich realizacji. Ten blog jest jednak pierwszym krokiem do tego, by część punktów zamienić z „myślnika” w rzeczywistość. Co się za tymi myślnikami kryje, zdradzę Wam kiedy indziej, gdy będą bardziej w zasięgu.

O mnie

O sporcie (szczególnie o koszykówce i bieganiu) oraz podróżach (szczególnie do USA) – mógłbym rozmawiać godzinami. Niestety nikt z moich znajomych nie podziela moich zainteresowań, więc nie mam kiedy się wygadać i zostaje mi ten blog. Sorry.

Wychowałem się na Michaelu Jordanie i Marku Citce. Zaczynałem zatem o rzucania i kopania piłką. Potem włączyłem do tego też uderzania piłką, czyli siatkówkę. W kolejnych latach odkrywałem pływanie, narty, kolarstwo, aż w końcu natrafiłem na bieganie i do teraz trzymam się tej dyscypliny. Nie chcę zabrzmieć jak Al Bundy, który chwali się swoimi czterema przyłożeniami w jednym meczu, ale nawet jako tako mi w tym bieganiu idzie. Przebiegłem 5km w 16:38, 10km w 34:25, półmaraton w 1:16:28, a dzięki kilku wygranym w Biegu Dzika moje nazwisko jest na Wikipedii.

Nie jestem typowym podróżnikiem, bo średnio czuję potrzebę zwiedzania azjatyckich świątyń, albo eksplorowania dżungli w Ameryce Południowej. Uwielbiam za to podróże po Stanach Zjednoczonych. O tym by tam pojechać zamarzyłem w wieku ok. 10 lat, gdy Jordan wrócił do NBA i przez przypadek natrafiłem na talk-show Jay’a Leno. Do dziś nie wiem jak to wytłumaczyć, ale oglądałem każdy odcinek na CNBC pomimo tego, że nie był on tłumaczony. Dziecięcy umysł jakoś jednak potrafi takie sprawy sam rozgryźć i w ten sposób Amerykański komik stał się moim pierwszym nauczycielem angielskiego.

Już po pierwszym roku studiów wyjechałem na program Work&Travel. Potem powtórzyłem to jeszcze dwa razy. Gdy wiza J1 już mi nie przysługiwała, pozostała turystyczna i z nią w ręku przekroczyłem amerykańską granicę jeszcze pięć razy. Zwiedziłem całkiem sporo, bo Chicago, Nowy Jork, Waszyngton, Filadelfię, Wodospad Niagara, stan Wisconsin, Florydę z Miami, Key West i Orlando, Richmond w Virginii, Charlotte i Chapel Hill (uniwersytet Jordana), Los Angeles, San Francisco, Las Vegas, Parki Narodowe Yosemite, Zion, Bryce, Wielki Kanion i Hawaje. Zahaczyłem też o Bahamy i Meksyk.

To co sprawia, że chcę ciągle tam wracać to niezwykle otwarci i sympatycznie ludzie. No i „all you can eat buffet” za 10 dolarów.