🌴🍍Długa droga po ananasy | Hawaje cz. 1

Hawaje to takie miejsce na ziemi, którego nikt w Polsce tak naprawdę nie traktuje poważnie. Samo słowo Honolulu brzmi tak, jakby Ślązak chciał kogoś obrazić, mówiąc, że się nadaje do psychiatryka („ty chybo mosz jakie honolulu we łbie”). Poza tym, kto wie, że Honolulu jest stolicą Hawajów, albo że Hawaje to stan USA. Myślę, że nie wszyscy.

Hawaje są jak łóżko wodne. Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt o nich nic nie wie i nikt ich nie widział. Pomimo tego, że one ledwie w naszej świadomości istnieją, a na półkuli północnej trudno o miejsce bardziej od Polski oddalone, postanowiliśmy, że będzie to kolejny cel naszej podróży.

Nie wiem jak to się stało, ale była to moja druga wizyta w centrum Oceanu Spokojnego (a np. na rynku we Wrocławiu nie byłem nigdy). Jak to zwykle jest z podróżą do jakiekolwiek centrum, trwa ona wieki. Czy to przez korki, czy przez niekorzystny układ komunikacji miejskiej, czy też  12068km dzielących miejsce zamieszkania od miejsca docelowego.

Podróż zaczęliśmy od 4 godzinnej przejażdżki do Warszawy, odstawienia samochodu na parkingu i transferu na lotnisko. Nie przepadam za lataniem, więc nie darzyłem orkanu, który nawiedził w tym czasie Polskę, wielką sympatią.

Pierwsza przesiadka – Londyn. Jeśli chcecie się wybrać na drugą stronę globu w „biedronkowej” cenie to musicie być gotowi na to, że pit stopy trwają na tyle długo, że w Formule 1 daliby radę w tym czasie postawić cały bolid od zera, z nitki, grzebienia, lunety i pasztetu podlaskiego. Nam to jednak nie przeszkadzało, bo dzięki temu mogliśmy wybrać się na wieczorny spacer, przechadzając się od Big Bena, przez Buckingham Palace, The Mall, aż do Trafalgar Square.

W stolicy Wielkiej Brytanii mieliśmy zaplanowany nocleg, na airbnb, u sympatycznej hinduskiej pary, u której wszystko pachniało chili, łącznie z mydłem. Następnego dnia rano startowaliśmy na kolejny etap, tym razem do Los Angeles, lub LAX jeśli bym chciał zabrzmieć tak, jakbym mieszkał w Stanach pół życia.

Na londyńskim lotnisku spostrzegliśmy „parę królewską”. Królewską, bo można by ją było nazwać „king size”. Łącznie ważyła ona grubo (dosłownie) ponad 400kg, co jak się okazało przekraczało dozwolony limit na tamtejszych, lotniskowych, stalowych ławeczkach. Nie wytrzymały one ich presji i złożyły się jak tanie krzesło ogrodowe.

Po 10 godzinach lotu wylądowaliśmy w mieście aniołów. Byliśmy trochę przymuleni już podróżą, głodni, śpiący i zmęczeni, ale aniołek na ramieniu motywował nas by nie zasypiać podczas ponad 3-godzinnego oczekiwania na kolejny rejs. Nie mogliśmy spać, bo to popsułoby nam cały misterny plan walki z jetlagiem. Jakoś się trzymaliśmy, pomimo nadchodzących, kolejnych 6 godzin w powietrzu. Pomagała ekscytacja związana z tym, że zaraz będziemy tańczyć hula, jeść ananasy na śniadanie i surfować na Waikiki Beach.

Gdy weszliśmy na pokład, okazało się, że trafiły nam się miejsca obok tych wolnych, niewykupionych. Już zacząłem się zastanawiać, czy położyć się głową do okna, czy do korytarza, już zaczynałem rozciągać swoje zmęczone nogi, stewardessa przymierzała się do zamknięcia drzwi, gdy tu nagle, jako ostatni pasażerowie weszli oni, para Harry i Meghan w wersji XXXL. Gdy nadchodzili, czułem się jak w filmie Jurassic Park, gdy tyranozaur zmierzał w kierunku swoich ofiar. Wszystko się trzęsło, a w głowie myślałem tylko „Nie, nie, NIEEE, tylko nie mnie!!!”.

Oczywiście usiedli koło mnie. Mój prawy półdupek wystawał poza fotel, a o jednym podłokietniku mogłem zapomnieć. Tym bardziej, że zniknął on gdzieś w czeluściach jego wielkości. Przeglądałem magazyn pokładowy, by dowiedzieć się, jaką tonaż ma nasz samolot, czy utrzyma on ciężar odpowiednika 4 dodatkowych osób na pokładzie. Byli sporych rozmiarów, tak sporych, że osoby siedzące przed nami, nie mogły obniżyć oparcia. Byli jednak przy tym bardzo miłymi ludźmi, którzy – a jakże – poczęstowali mnie cukierkami i czekoladkami.

Tymczasem po drugiej stronie korytarza, moja żona siedziała sobie obok przystojnego surfera, z jednym tylko miejscem dzielącym ich od nieuniknionego, podniebnego flirtu. Oczywiście nie mogłem tego tak zostawić i w końcu zapytałem moich współpasażerów, czy byłoby im wygodniej, gdybym się przesiadł na ten wolny fotel. Nie tyle się zgodzili, co wręcz byli mi ogromnie wdzięczni, bo zdawali sobie sprawę z niekomfortowej sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Wskoczyłem pomiędzy żonę i jej niedoszłego kolegę. Ku jego nieszczęściu, uwielbiam rozmawiać po angielsku, więc zagadałem go do tego stopnia, że w końcu założył słuchawki.

Po wylądowaniu, wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do hotelu i kto wsiadł za nami? Państwo Big Ben. Z kwiatami lei na szyi. Na szczęście tym razem jednak, autobus był praktycznie pusty. My byliśmy za to pełni entuzjazmu i gotowi do przeżycia wakacji marzeń.

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!