fbpx

Jak wygląda amerykański high school

Amerykańskich filmów o licealistach było tyle co polskich z Lubaszenką. Czyli mnóstwo. Wszystkie kiczowate, sztuczne, przerysowane i przesadnie amerykańskie. Bo przecież niemożliwe, żeby licea faktycznie tak wyglądały. A jednak, wyglądają dokładnie tak samo.

Gdy odwiedziłem liceum w „mojej” małej miejscowości Wisconsin Dells czułem się jakbym wszedł do filmu. Podczas zwiedzania brakowało tylko jakiejś piosenki Taylor Swift, jako soundtracku. Wzdłuż ścian ciągnęły się szafki na książki, z zamkiem na kod. Przed szkołą stały żółte autobusy dowożące dzieci na lekcje. W salach ustawione były w kilku rzędach, charakterystyczne pojedyncze biurka. W powietrzu czuć było aromat kiepskiego jedzenia za szkolnej stołówki. Nawet podłoga była jakaś taka wyjątkowo highschoolowata. Czułem się jakby za chwilę, zza rogu miało wyskoczyć kilkanaścioro śpiewających i tańczących nastolatków pod przywództwem Zaca Efrona.

Żeby się tam dostać musieliśmy najpierw otrzymać zgodę, jakiegoś kuratora, czy kogoś takiego podobnego. Przy wejściu trzeba jeszcze było odbyć niezręczną rozmowę przez domofon. Niezręczną, bo kto przychodzi zwiedzać licea i jak to wytłumaczyć? Wpuścili nas i zaprosili do gabinetu dyrektora. Wiecie, tam gdzie przychodzą uczniowie, jak coś nabroją, a potem dostają 2-tygodniowe „detention”. U niego przeszliśmy coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej, żeby mógł się upewnić, że nie jesteśmy dilerami, albo świadkami Jehowy. Uznał, że nie i zorganizował nam jedną uczennicę, która miała być naszą przewodniczką. Nikt jej wcześniej nie powiedział, że jesteśmy tylko turystami i przez pierwsze pół godziny mówiła do nas tak, jakbyśmy się zastanawiali nad wysłaniem do tego liceum naszego dziecka.

Nasza przewodniczka chodziła chyba do drugiej klasy, czyli była tzw. sophmore. Pokazała nam wszystkie sale. Mogłoby się to wydawać głupie jeśli chodziłoby o polską szkołę, w której sale różnią się tylko obrazkami na ścianach, a w sali biologicznej jest chomik. Tam, każda miała swój klimat i zupełnie wyjątkowy wygląd. W niektórych nie było nawet krzeseł. W tej do „science” uczniowie w fartuchach faktycznie robili wybuchające wulkany i kroili żaby. W sali do amerykańskiego ZPT powstawał domek z drewna i naprawiany był samochód. W sali do muzyki każdy z uczniów grał na innym instrumencie. Na sali gimnastycznej mogliśmy obejrzeć zajęcia z dodgeball, czyli naszych „dwóch ogni”. Sala do „sztuki” była jak solidna pracownia artystyczna, gdzie uczniowie mogli rozwijać swoje talenty malarsko-rzeźbiarsko-plastyczne. Niby jest to liceum, w naszym rozumieniu ogólnokształcące, ale tak naprawdę przypomina ono kilka wyspecjalizowanych szkół w jednej. Każdy uczeń może sobie dobierać do przedmiotów podstawowych, takie, które ich ciekawią i które przydadzą im się na studiach.

Byliśmy też w pokoju, w którym w półprofesjonalny sposób montowane były materiały filmowe do szkolnej telewizji. Odwiedziliśmy szkolną bibliotekę i szkolną stołówkę, gdzie lunch (mleko w kartoniku, owoce, sałatka i główne danie) podawany był na tę charakterystyczną tacę, którą przesuwa się w kolejce i obgaduje tą „bitch, Jessicę”.

Zwiedzaliśmy w czasie trwania lekcji, ale też podczas krótkiej przerwy, gdy wszyscy biegali po korytarzu w filmowym chaosie, by zdążyć na następne zajęcia, z książkami lub segregatorami trzymanymi przy klatce piersiowej. Po dzwonku znowu zrobiło się cicho i pusto. Wtedy w serialach jest chyba przerwa na reklamy.

Nie widzieliśmy cheerleaderek w strojach roboczych, albo zawodników ze szkolnej drużyny footballowej, ale nasza przewodniczka potwierdziła nam, że czasami autentycznie tak to wygląda. Że społeczność szkolna dzieli się na kujonów z kółka szachowego (geeks), tych wysportowanych (jocks), tych popularnych (popular) i tych niewyróżniających się. Te podziały naprawdę istnieją i nie jest to tylko wytwór hollywoodzkiej wyobraźni.

Przewodniczka opowiadała nam też o swojej, szczegółowo zaplanowanej przyszłości – na jakie studia pójdzie, na jaką specjalność, w jakiej firmie będzie pracować, na jakim stanowisku i jaki będzie ulubiony super bohater jej przyszłego szefa. Miała swoją karierę zaplanowaną z taką dokładnością jak Secret Service organizuje wyjazdy prezydenta. Nie był to przypadek, gdyż każdy uczeń ma tam swojego opiekuna-HRowca, z którym omawia i planuje przyszłość. Razem przeprowadzają testy osobowościowe i zawodowe, regularnie się spotykają i rozmawiają, rysując drogę do zawodu. Imponujące.

Imponujące jest także ich podejście do szkolnych zajęć sportowych. Każdy chętny może uprawiać wybraną przez siebie dyscyplinę. Nasza przewodniczka trenowała biegi przełajowe i miała 5 (PIĘĆ!) treningów tygodniowo. W czasie mojego epizodu w Rozwoju Katowice trenowaliśmy 3 razy, o ile nie było burzy. Przy szkole była siłownia, dwa boiska do baseballa i stadion do footballu, piłki nożnej i lekkiej atletyki z trybuną na kilkaset miejsc, zawsze wypełnioną, gdy grała ich drużyna. Nie dziwię się zatem, że Amerykanie co 4 lata mają ok. 100 medali olimpijskich, a my cieszymy się z kilku.

Wrażenie robił też kontakt uczniów z nauczycielami, których nie traktuje się jak największych wrogów, którzy „uwzięli się na mnie”, a jak starszych, mądrzejszych, trochę brzydszych kolegów, do których mają szacunek i którzy pomagają im w zdobywaniu wiedzy.

Może i ich system edukacji produkuje absolwentów, którzy nie wiedzą gdzie jest Mołdawia lub myślą, że to nazwa rosyjskiego makaronu (btw. wiecie gdzie jest Ohio? I nie, nie chodzi mi o Krecika, tylko o stan w USA). Może i są ignorantami, którzy mówią w jednym języku. Ale po pierwsze. O swoim kraju – geografii i historii – wiedzą więcej, niż polscy uczniowie o Europie. Po drugie. W innych językach mówić nie muszą, bo i po co, skoro na powierzchni większej niż Europa, wszyscy mówią w tym samym (choć kilka razy spotkałem się z opiniami samych Amerykanów, że chcieliby, żeby ich dzieci znały chociaż jeden dodatkowy język i to ogromnie doceniam). Ale przede wszystkim po trzecie. Ich szkoła wyciąga z nich to co w nich najlepsze, rozwija kreatywność i indywidualne zainteresowania. Jak ktoś lubi historię i chce wiązać z nią swoją przyszłość to nie potrzebuje liczyć delty i punktów zerowych. Jak ktoś chce odkrywać pierwiastki, to nie musi wiedzieć, jakie środki stylistyczne zastosowano w „Nad Niemnem”?

Nie bez przyczyny największe i najbardziej innowacyjne firmy świata takie jak Apple, Microsoft, Google, Facebook pochodzą właśnie z Ameryki. Idioci by ich nie stworzyli.

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!