fbpx

Moja najkrótsza podróż życia – Nikiszowiec

Moja najdłuższa wakacyjna podróż trwała 48 godzin, podczas których pokonałem 12 154 kilometry. Natomiast najkrótsza dwie minuty i 270 metrów. Tak się bowiem składa, że mieszkam na terenie atrakcji turystycznej. 

Często jest tak, że najmniej interesujemy się miejscem, w którym mieszkamy. W Chicago byłem z 14 razy, ale nigdy nie odwiedziłem bezpłatnego muzeum Kopalni Wujek, które znajduje się po drugiej stronie ulicy od miejsca, w którym się wychowałem. Teraz, jako mieszkaniec Nikiszowca nie mogę sobie pozwolić na taką ignorancję. Przecież to osiedle to pomnik historii, największa atrakcja Katowic. Co prawda często chodzę po historycznych ulicach, ale tylko po bułki do piekarnii. Mijam obiekty zabytkowe, ale tylko wybiegając na trening. Odwiedzam obiekty, które kiedyś były gospodami lub pełniły inną funkcję użyteczności publicznej, ale tylko wtedy, gdy idę wysłać coś na poczcie, która dzisiaj w takim obiekcie się znajduje. 

Ul. św. Anny

Dzięki Basi Szustakiewicz i Stowarzyszeniu Szyb Kultury mogłem wreszcie wcielić się w rolę turysty. Tego samego turysty, który przyjeżdża autokarem ze zorganizowaną grupą, fotografuje moje okno i podziwia wyjątkowość tego miejsca. Jedyne co mnie odróżniało od statystycznego uczestnika wycieczki było to, że nie mówię po niemiecku i nie jestem na emeryturze. Wszystko inne się zgadzało. Nawet notes wziąłem ze sobą.

Ulica św. Anny

Nikiszowiec to osiedle znane w całym kraju. Regularnie jest ono planem filmowym dla wielu produkcji (kiedyś wychodząc z klatki dosłownie wszedłem na plan zdjęciowy reklamy Tyskie), plenerem dla tysięcy młodych par i miejscem, które co roku przyciąga tysiące ludzi z okazji zimowego Jarmarku na Nikiszu i innych wydarzeń.

Oto najbardziej wyjątkowe miejsce w stolicy Śląska. 

Ulica św. Anny

Kilka podstawowych faktów, takich od których zaczęlibyśmy lekcję historii i które na pewno byłyby na sprawdzianie. Nikiszowiec składa się z dziewięciu placów, z czego osiem jest w pełni zamkniętych. Wszystkie zbudowane są z charakterystycznej czerwonej cegły, która z czasem nieco ściemniała przez pył węglowy z pobliskiej kopalni (do dziś gospodynie domowe przeklinają czarny osad, mimo, że od kilku miesięcy nie wydobywa się węgla z kopalnia). Poza cegłą, znakiem rozpoznawczym Nikiszowca są czerwone okna. Kolor ten nie jest przypadkowy, gdyż właśnie taki kolor miała farba, która przed laty była wykradana przez górników z ich miejsca pracy.

Plan Nikiszowca

Pierwszy plac-blok powstał w 1908 roku i całość została zbudowana przez niemiecką spółkę spadkobierców Georga von Giesche, Georg von Giesches Erben, jako osiedle robotnicze dla kopalni Giesche. Zostało ono zaprojektowane przez kuzynów Emila i Georga Zillmann, którzy podeszli do sprawy bardzo poważnie i praktycznie każdy plac, każde wejście do klatki, czymś się różni. Trudno też znaleźć te same okna, balkony, tzw. wykusze, choć wewnątrz, mieszkania mają podobny układ. Większość z nich powstała na planie prostokąta i składa się z trzech pomieszczeń (toalety znajdowały się na klatce, gdzie dziś są komórki do dyspozycji mieszkańców). 

Wnętrze jednego z placów

Osiedle było samowystarczalne, a Kopalnia Giesche zapewniała mieszkańcom realizację podstawowych potrzeb – edukacyjnych, duchowych, zdrowotnych, czy też rozrywkowych. Powstała tam szkoła, która istnieje do dziś. W 1926 roku zbudowano neobarokowy, dużych rozmiarów kościół św. Anny, który miał służyć aż trzem dzielnicom.

Kościół św. Anny

Na rynku otwarto aptekę, nad którą mieszkał aptekarz, który był dyspozycyjny 24 godziny na dobę. Apteka ta wciąż działa, choć nie jest już całodobowa. Kobiety w ciąży mogły natomiat liczyć na pomoc położnej, która również była „pod telefonem” przez cały dzień.

Rynek

W miejscu dzisiejszej poczty funkcjonowała gospoda, a w jej piwnicy nawet kręgielnia. Zakupy spożywcze można było robić w sklepach na rynku, a w budynku zajmowanym dziś przez prestiżową restaurację Prohibicja Śląska działał hotel robotniczy z jadłodajnią. Za cenę rolady z dzisiejszego menu prawdopodobnie najadłaby się cała ówczesna nocna zmiana.

Budynek Poczty, była gospoda i kręgielnia

Dział Etnologii Miasta, Oddział Muzeum Historii Katowic wyróżnia się spośród innych obiektów na Nikiszowcu odcieniem cegły. Spowodowane jest to tym, że jest to jedyny budynek, który został dokładnie oczyszczony. Niektórym efekt tego zabiegu może nie do końca przypaść do gustu, ale przynajmniej dzięki niemu wiemy jaką barwę miało osiedle tuż po wybudowaniu.

Kiedyś w miejscu tego muzeum funkcjonowała pralnia i magiel. Jako, że z powodu wilgoci zabronione było pranie ubrań i pościeli w mieszkaniach, kobiety robiły to w przeznaczonym do tego budynku, a przy okazji się integrowały i spędzały ze sobą czas, tworząc prawdziwą lokalną społeczność. Taki dzisiejszy Starbucks, tylko bez kawy. Wspierały się też nawzajem, gdy np. jedna z kobiet była w ciąży i nie mogła liczyć na pomoc męża, który spędzał większość dnia w pracy. 

Dział Etnologii Miasta, Oddział Muzeum Historii Katowic, kiedyś pralnia i magiel

To poczucie jedności i solidarności budowali również mężczyźni. W zdecydowanej większości byli to górnicy, którzy wychodząc do pracy nigdy nie byli pewni, czy wrócą do domu. Stąd śląskie „z Bogiem” mówione na pożegnanie. Zawsze, gdy dochodziło do wypadku górnicy się jednoczyli, by pomóc poszkodowanym. Dziś przy kościele św. Anny znajduje się specjalne miejsce pamięci, z tabliczkami upamiętniającymi wszystkie ofiary pracy na dole (z imienia i nazwiska oraz datą śmierci). 

Kuzyn Nikisza

Sąsiednie osiedle Nikiszowca, o kilka lat starszy Giszowiec, również zostało zbudowane przez spółkę Georg von Giesches Erben i zaprojektowane przez Zillmanów. Projekt wzorowany był na idei miasta ogrodu, której twórcą był angielski urbanista Ebenezer Howard. Z tego powodu zabudowa składa się z wielu domków jednorodzinnych. Nazwa Giszowiec pochodzi oczywiście od kopalni Giesche (dziś Kopalnia Węgla Kamiennego Wieczorek), której pracownicy zamieszkiwali to osiedle. Wraz z rozwojem kopalni wzrosło zapotrzebowanie na dodatkowe mieszkania i tak powstał Nikiszowiec.

Między tymi dwoma dzielnicami regularnie kursowała kolejka Balkan. Trasa liczyła ok. 3,5 kilometra, a pociąg poruszał się z prędkością ok. 20km/h. Ostatni kurs miał miejsce 31 grudnia 1977 roku i podobno maszynista zmarł podczas tego przejazdu na zawał serca, tak bardzo przeżywając zamknięcie tej linii kolejowej.

Kolejka Balkan

Amerykańskie wpływy

W 1926 roku dobrze funkcjonującą kopalnię przejęła amerykańska firma Silesian American Corporation. Na Giszowiec przyjechali amerykańscy inżynierowie i dla nich wybudowano specjalne wille. Nawiązywały one swoją architekturą do ich domów w USA, ale też idealnie wpisywały się stylem w całe osiedle. Za willami powstały też pola golfowe, podobno wtedy największe w Europie, by dać ukojenie przeżywającym szok kulturowy Amerykanom.

Po tym amerykańskim przejęciu zmieniono część nazw szybów. Szyb „Richthofen” i „Hulda” został przemianowany na „Wilson”, od nazwiska prezydenta Stanów Zjednoczonych (dziś znajduje się tu znana galeria ze sztuką współczesną), szyb „Carmer” na szyb „Pułaski” (od polskiego generała i bohatera wojny o niepodległość USA), a szyb „Nickisch” nazwany na cześć przedstawiciela spółki Georg von Giesches Erben, Friedricha Nickisch von Rosenegka, został przemianowany na szyb Poniatowskiego. 

Od Nickisha, który nie zasłynął w historii niczym szczególnym (taki po prostu był zwyczaj w spółce, że nazwy szybów nawiązywały do członków zarządu), pochodzi zatem nazwa całego osiedla.

Przemiana

Przed dziesięcioma laty Nikiszowiec nie miał najlepszej reputacji, ale dzięki oddolnej inicjatywie mieszkańców, budowanej od lat solidarności, lokalnej świadomości i toższamości oraz przy wsparciu miasta, z każdym rokiem było tu coraz bezpieczniej i przyjemniej. W ostatnich latach doszło tu do ogromnej przymiany. Wprowadziło się wiele młodych rodzin, ludzie biznesu, polityki i kultury, chcący zachować wyjątkowość i tradycję tego miejsca. Założono monitoring, otwarto dla młodzieży Centrum Zimbardo, organizowanych jest tu wiele eventów, prężnie działa lodowisko i klub hokejowy. Miejsce zalewane jest przez turystów, a ceny nieruchomośc rosną w szybkim tempie.

Gdy byłem nastolatkiem nikt nie jeździł na Nikiszowiec. Chyba, że chciało się zostać uderzonym i pobitym przez kibiców Ruchu Chorzów, albo jeśli godziłeś się na to, by ukradli ci plecak lub czapeczkę Charlotte Hornets. Dziś to miejsce jedynie kradnie serca, uderza swoją historą i bije wszystkie inne osiedla na głowę.

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!