fbpx

Janina Bąk: Trzeba było poczekać na swój moment

Przez kilka pierwszych lat prawie nikt nie czytał jej bloga i nie wyobrażała sobie, że może występować przed dużą publicznością na największych konferencjach w Polsce. Dziś Janina Bąk, autorka bloga Janina Daily, to jedna z najlepszych i najbardziej znanych blogerek w kraju, specjalistka od rozbawiania słowem i znakomity PR-owiec dla statystyki.

Nazywasz siebie Komendantem Komedii. Czy zatem traktujesz komedię poważnie?

Tak, ja bardzo doceniam ludzi z poczuciem humoru, zwłaszcza z inteligentnym poczuciem humoru. To dla mnie rozkosz przebywać w takim towarzystwie i mam to szczęście, że wielu z moich znajomych w taki sposób odbiera świat. To jest trochę tak, że jak usłyszę dobry żart to jest we mnie odrobina takiej miłej, pozytywnej zazdrości. „Kurcze, że ja na to nie wpadłam”. Śmiech to jest bardzo dobre uczucie, więc bardzo lubię otaczać się ludźmi, którzy go powodują. Zapisuję żarty, śmieszne sytuacje, pomysły, nigdy nie wiesz co cię rozbawi. Ludzie piszący, albo prezentujący, powinni mieć takie miejsce, gdzie gromadzą pomysły i żarty, ale tylko swoje. Bardzo nie lubię, gdy ktoś podkrada je od innych.  

Nie czujesz się czasami „niewolnikiem” komedii? Że cały czas myślisz co może być zabawne, we wszystkim starasz się dostrzec żart, czy nietypową obserwację? 

Tak, rzeczywiście czasami było tak, że ludzie podchodzili do mnie po raz pierwszy i mówili: „powiedz coś śmiesznego”. Nie mam takiego włącznika, pt. „bądź śmieszna”. Poza tym w życiu pojawiają się różne sytuacje i czasami jest nam mniej, lub bardziej wesoło. Teraz jednak osiągnęłam pewien kompromis, bo coraz częściej zdarza mi się napisać coś poważnego, refleksyjnego. Nie ma tam za krzty śmiechu i te teksty się dobrze przyjmują, bo czytelnicy wiedzą, że piszę i tak i tak. 

Mając już większą platformę możesz teraz ją wykorzystać, by zmotywować do refleksji, lub wpłynąć jakoś na rzeczywistość w dobry sposób, nie tylko rozśmieszając?

Tak, to jest bardzo fajne, że prowadząc blogi możemy wpływać w mniejszy lub większy sposób na otaczający nas świat. Muszę przyznać, że cudowną mam tę społeczność, choć nie wszyscy akceptują to, że zdarza mi się być poważną. Ostatnio przeczytałam taki komentarz, cytat dosłowny, że „jestem już nie do zniesienia”, bo nie piszę już tylko i wyłącznie śmiesznych tekstów, bo bywam smutna. Co prawda takich poważnych refleksji jest może dziesięć procent, ale takie reakcje wiele pokazują. To zdanie – „jesteś nie do zniesienia” – jest bardzo mocne. Ja rozumiem, że nie wszyscy chcą czytać tego typu wpisy, i nie ma problemu, możecie skrolować dalej, za trzy dni znowu będzie coś wesołego, ale musimy dać ludziom prawo do tego, że czasem będą zabawni, a czasami będzie im smutno. Mamy prawo odczuwać całą paletę emocji, i mamy prawo mieć lepszy lub gorszy dzień. 

Jak sobie radzisz z opiniami innych? Pisząc, trzeba mieć grubą skórę. 

Próbuję to ogarnąć. Już na pewno nie traktuję tego osobiście. Najbardziej mnie irytuje, gdy ktoś wyciąga pochopne wnioski na temat mnie jako człowieka, czy na temat mojego małżeństwa, bo nie czai sarkazmu. Smuci mnie, że często jak ktoś chce mi dokopać i wbić szpilę, to odnosi się do mojego wyglądu. Ja mam dosyć silne poczucie własnej wartości i nie jest tak, że jak Józek z Kędzierzyna-Koźla mi napisze, że jestem brzydka to będę płakać przez trzy dni. Patrz jakie to smutne, że chcemy komuś wbić szpilę, mówiąc, że jest za gruby, za chudy, brzydki. Pod moim pierwszym TedX-em, który był w całości o statystyce, były komentarze typu „tłuszcz zalał jej mózg”. W jakim wszechświecie, komentując treść wykładu, który może się oczywiście nie podobać, musimy odnieść się do tego, czy prowadzący jest chudy, gruby, ładny, czy brzydki. 

Ale generalnie radzisz sobie z oceną innych?

Tak, ale nie zawsze tak było. Nauczyłam się tego od czasu, gdy pojawił się pierwszy artykuł poza moją platformą, na Gazeta.pl. Wszyscy mi mówili, „nie czytaj komentarzy”, a ja ich nie posłuchałam. Co tam się działo! I to było okropne uczucie, jakby ktoś cię od środka wylepił błotem, albo jakby ktoś wszedł do twojego salonu i zrobił tam rozróbę. Czytałam o sobie, o moim mężu, okropne rzeczy. To mnie zahartowało, ale jestem daleka od myślenia, że było warto. Nikt nie powinien czytać o sobie takich rzeczy. 

Jak wygląda u Ciebie proces pisania? 

Nigdy nie piszę nic na siłę. Nie mam tak, że siadam i dręczę się nad tekstem, zwłaszcza, że teraz kończyłam książkę, więc dużo zdań, twórczości i żartów ładowałam właśnie w nią. Z reguły jest tak, że coś się przydarza i powstaje z tego tekst. Mam go w głowie, przepisuje szybko – póki pamiętam – a potem go poleruję. Widzę wtedy, że tu by się przydało porównanie, a tu jak zamienimy to słowo to będzie trochę śmieszniej. Nie jest tak, że jakikolwiek tekst od razu jest świetny, choć jak coś mi się przytrafi, to mam dosyć dużą łatwość w tym, by to spisać. Jednak później zawsze to szlifuję, poleruję. Wiesz, dziesięć czytań. 

Wszystkie historie, o których piszę są prawdziwe. Wiadomo, czasami zamienię jedno, czy dwa słowa, by było zabawniej, ale wszyscy co mnie czytają raczej zdają sobie sprawę z tego, że nie jest to reportaż. 

Czy w trakcie pisania korzystasz z tych swoich spisanych żartów i obserwacji? 

Mam zeszyt, w którym spisuję wszystkie pomysły i pewnie wszyscy chcieliby go zobaczyć. Niemniej używam go głównie do prezentacji. Jak zaczynam jej przygotowywanie to najpierw przeglądam mój zeszyt, żeby nie zaczynać od zera. Wszyscy, którzy piszą, tworzą, wiedzą jak to jest szalenie trudne, by zacząć. Zwłaszcza jak nie masz weny. Przy pisaniu raczej nie korzystam z zeszytu i traktuję ten proces jak intelektualny rebus. Zastanawiam się, jak stworzyć dane zdanie, żeby było lepsze. 

Czy jesteś z jakiegoś żartu wyjątkowo dumna? 

Nic mi nie przychodzi do głowy, nie pamiętam nic szczególnego, ale jestem dumna, gdy inni pamiętają, a ja już o tych tekstach, czy żartach dawno zapomniałam. Gdy ktoś wspomina tekst np. o jajku, czy gołębiu, który czytał wiele razy, a ja już nie pamiętam, że go napisałam, to to jest super. I fajne jest to, że każdy ma inny ulubiony tekst. 

Jest wiele poradników o tym, jak należy pisać na blogu, jak wprowadzać w życie zasady SEO, itp., ale Twoje teksty wyłamują się z tych reguł i mają własny styl.

Faktycznie, choć nie uważam, że moje podejście jest tylko tym jedynym właściwym. Jest wiele poradników, typu „35 tematów, które możesz poruszyć na blogu” i ja tego nie kupuję, bo jeśli nie mam pomysłu, to po prostu nie piszę. O SEO nie dbam, ale uważam, że zdecydowanie powinno się o to dbać. Kiedyś zgłosiłam się nawet do jednej firmy zajmującej się pozycjonowaniem, z zapytaniem, jak poprawić ten element bloga, ale oni powiedzieli wprost, że u mnie jest taki kontent, że byłoby trudno. Bardzo by mi to wpłynęło na jakość, autentyczność tekstów. Ja w gruncie rzeczy tego nie potrzebuję, bo ludzie trafiają do mnie innymi źródłami, ale prawda jest taka, że ponieważ nie mogłam się posiłkować SEO i Googlem, to na początku musiałam znacznie częściej naparzać tym kontentem. Gdy ludzie pytają mnie jak sprawić, by ludzie zaczęli czytać naszego bloga, to mówię im, by pisali jak najwięcej. Przez pierwsze trzy lata serio nikt mnie nie czytał. Po tym okresie miałam może 300 czytelników, ale przez te trzy lata, trzy razy w tygodniu pojawiał się wpis. I to się opłaciło, bo kiedy coś wreszcie zaskoczyło i czytelnicy się pojawili, to mieli co czytać. Gdyby do mnie trafili i zobaczyli, że na blogu są tylko dwa artykuły, to nie mieliby motywacji, by na nim zostać. Moje podejście jest takie – choć nie jest to jedyne słuszne podejście – nie pisać, gdy się nie ma pomysłu lub nie czuje tematu. Raczej nie korzystałabym z poradników typu „w tym miejscu trzeba kogoś wkurzyć, a na święta trzeba napisać tekst świąteczny”. Chodzi o to, by mimo wszystko być konsekwentnym i cały czas tworzyć dobry kontent. 

Jak to zrobić, by przez trzy lata mieć wenę trzy razy w tygodniu?

Ja akurat pracowałam w tamtym czasie na uczelni, a to dość szalone miejsce, więc nie było tam trudno o wenę. Teraz, gdy próbuję namówić swoich znajomych, żeby zaczęli pisać, to tłumaczę im, że nie muszą to być długie teksty. Ja sama kiedyś wpadłam w taką pułapkę, że jak tekst, to tylko taki, który ma trzy strony, ale tak nie jest. Jest taki cudowny blog o pisaniu, psychologii, wystąpieniach publicznych – bucki.pro. Piotr jest bardzo zorganizowany i publikuje artykuł dwa razy w tygodniu. One nie zawsze są długie. Wręcz bywają bardzo krótkie, ale konkretne. I o oto chodzi. Nie musimy się zamykać i pisać tylko długie eseje. To może być jeden paragraf o tym, co nas zainteresowało, albo zdziwiło, albo chcemy rozpocząć dyskusję, ale zróbmy to. Musimy dać ludziom jakiś kontent. 

Gdy zaczynałaś prowadzić bloga, to jaki był Twój cel, żeby Cię czytano? 

Dwie sprawy. Przed moim aktualnym blogiem, był inny blog, a jeszcze wcześniej przez lata pamiętniki. Przez mojego starszego bloga poznałam zresztą mojego męża. On czytał moje wpisy i kiedyś napisał komentarz, że nigdy nie przeczytał nic tak zabawnego. Tak się poznaliśmy i bardzo lubię tę historię. On też w pewnym momencie powiedział, że jest mu smutno, że już nie piszę. A ja jestem „leniwą bułą”, taką totalnie. Jak nie mam motywacji, to nie napiszę. Trochę założyłam tego obecnego bloga po to, żeby mieć takie „kopnięcie”, mieć powód, żeby pisać. I nie ukrywam, że tak, chciałam, żeby mnie czytano. Nigdy bym jednak nie pomyślała, że to może się rozwinąć do takich rozmiarów, że będzie mnie czytać tyle osób i będę to mogła połączyć z wystąpieniami publicznymi.

Pierwsze trzy lata, gdy niewiele osób czytało moje teksty, bardzo dużo mnie nauczyły i trochę się cieszę, że tyle to trwało. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy skoro ludzie nie wchodzą na bloga, to może jednak się do tego nie nadaję. Może nie są to teksty, które ludzie lubią czytać. Może nie potrafię pisać. Byłam sfrustrowana, ale trzeba było poczekać na swój moment. Myślę, że tak trzeba. Proces twórczy, niezależnie od tego o czym piszemy, jest trudny. Czasami chce nam się bardziej, czasami mniej. Czasami będziesz polerować tekst przez tydzień i przeczyta go 50 osób, a inny, który napiszesz w dziesięć minut, rozniesie się viralowo. Tego nie przewidzisz. Myślę, że trzeba – i to banalnie zabrzmi – robić swoje i mieć z tego przyjemność. 

Mówisz, że jesteś leniwą osobą i czasami brakowało Ci weny. Gdzie zatem znajdowałaś siłę i motywację przez dwa-trzy lata, by produkować tak dużo tekstów? 

Zupełnie serio, ja muszę zarządzać sobą. Gdybym tego nie robiła, to nic w życiu bym nie zrobiła. Na początku założyłam sobie, że co poniedziałek o godzinie 18 będzie tekst. Ogłosiłam to na blogu, ogłosiłam to wszędzie i przez to czułam wewnętrzną presję. Gdy ten tekst się nie pojawiał w poniedziałek, tylko we wtorek, to pewnie nikt tego nie zauważał, bo nikt nie siedział i nie odświeżał strony. Była to jednak dla mnie motywacja, że w poniedziałek o 18-ej musi być na blogu dłuższy tekst. Czasami pisałam na ostatni moment, ale pisałam. Tych osób czytających było niewiele, ale byli dla mnie bardzo mili. Pisali, że to co robię jest fajne i czułam się taka zobowiązana, żeby się im odwdzięczyć. Zaczęły się pojawiać takie osoby, które komentowały każdy post, były lojalne. Czułam, że jestem im winna ten kontent, nawet jeśli wszystko rozwijało się znacznie wolniej, niż bym chciała. 

Wystąpienia publiczne. Czy to zawsze była Twoja mocna strona? 

Nie, i w życiu bym nie pomyślała, że kiedyś będzie. Nawet dziś mam takie momenty, szczególnie gdy stawka jest wysoka, jak na TedX, albo konferencji, na której jesteś oceniana i jest spora dawka stresu, że się zastanawiam, czemu ja to robię. Czemu ja się na to piszę, skoro tak bardzo mnie to stresuje. To jest myślę taki syndrom sztokholmski. Daje mi to dużo stresu, ale też dużo adrenaliny i dużo dobrych emocji już po. Powtarzam też ludziom, że to nie było tak, że pierwszy raz wyszłam na scenę i było super. Moje pierwsze wystąpienie było na 30 osób, byłam bardzo dobrze przygotowana, ale fizycznie nie mogłam opanować stresu i się cała trzęsłam. Wystąpienia publiczne to też jest umiejętność, którą trzeba ćwiczyć, podglądać najlepszych, próbować się w różnych sytuacjach. Trzeba cały czas przekraczać tę granicę i może kiedyś będzie taki dzień, że będę się tylko cieszyć, że wychodzę na scenę, bez stresu, ale nie sądzę. Ten stres pewnie czemuś służy. Gdy przestanę się denerwować, to będzie to znaczyło, że już mi nie zależy. Takie uczucie jest po pierwsze normalne, a po drugie, ten stres można fajnie wykorzystać. 

Mówiłaś o ćwiczeniach w wystąpieniach. Jak to w praktyce wyglądało? Korzystałaś z pomocy profesjonalnego mówcy, przemawiałaś przed maskotkami? 

Do dziś przemawiam przed moim kotem. Jeśli jest ważna prezentacja to ćwiczę ją w domu, od A do Z, ale nie czytając z kartki, czy ucząc się na pamięć. Nie byłam nigdy na kursie, czy szkoleniu, choć na pewno jest to wartościowa pomoc. Przede wszystkim uczyłam się tego na scenie. Teraz jest dużo mniejszych, czy większych scen, na których można się sprawdzić. Jeśli jest się np. blogerem podróżniczym, to są różnego rodzaju slajdowiska, spotkania blogerów. Dla marketingowców są czwartki z social media. To nie od razu muszą być wielkie tłumy. Generalnie im częściej występujesz, tym więcej się nauczysz. Raz ci coś wyjdzie, raz nie i potem jesteś w stanie się zastanowić dlaczego tak było i jak to poprawić. 

Na TedX w Katowicach była pewna grupa, chyba Twoich fanów, bo zajęli moje miejsce w drugim rzędzie, i gdy zrobiłaś taki gest pokazujący, że chcesz się uspokoić, oni to zauważyli i zaczęli między sobą rozmawiać „ej, ona też się stresuje”. Musiało to być dla nich budujące, bo zauważyli, że ludzie tacy jak Ty się stresują, więc oni też mogą. 

Fajnie, że to zauważyli, bo byłam szalenie zestresowana. Zwykle tak jest przez pierwszych kilka zdań, a jeśli prezentacja idzie źle, to do samego jej końca. Często słyszę, „ty to już pewnie się nie denerwujesz”. No właśnie się denerwuję i lubię, gdy to ludzie zauważają i zapamiętują, że jest to bardzo naturalne i ludzkie. Nie trzeba być robotem. Z jakiegoś powodu boimy się wystąpień publicznych bardziej niż śmierci i klaunów, więc nie ma co z tym walczyć. „Fake it until you make it” – tak mówię swoim kursantom. Nawet jak masz zły dzień, to musisz udawać energię na scenie przez te 20 minut. Trzeba próbować przezwyciężyć drgający głos i pamiętać, że nawet jak coś się przydarzy, potkniesz się na scenie, albo się przejęzyczysz, to to jest ludzkie. Trzeba być bardzo złośliwym, by potem to komukolwiek wypominać. Najczęściej nasza publiczność jest dla nas milsza niż my dla siebie samych. Czasami schodząc ze sceny mówimy, tu źle, tam źle, to mi nie poszło, o tym zapomniałem, a publiczność mówi „fajnie było”. 

Mówię też ludziom, że nikt nie wie, jak miała wyglądać ta idealna prezentacja. W moim przypadku nikt, oprócz mojego kota. Jeśli czegoś zapomnieliśmy, żart nie wyszedł, to spoko, lecimy dalej, bo słuchacze nie wiedzą jaka jest forma idealna. Najgorsze co może być, to jak prelegent zapomni o czymś powiedzieć i zaczyna cofać slajdy, by do tego wrócić. Zapomniałeś? Trudno, powiesz innym razem. 

Często jest tak, że jeśli prelegent zaczyna się często mylić, to słuchacz zaczyna się stresować razem z nim, a może nawet i bardziej i nie czerpie już przyjemności z tej prezentacji. Chce tylko, by ona się zakończyła.

Faktycznie, jest to problem. Prowadzę szkolenia z wystąpień publicznych z Kamilem Koziełem. Mówimy w nich właśnie o tym. W grę wchodzą w tym przypadku neurony lustrzane i gdy widzimy kogoś, kto jest bardzo zestresowany, cierpi na scenie, to my też cierpimy. Chcemy mu pomóc, chcemy by te cierpienia się skończyły. Właśnie z tego powodu trzeba „fake it until you make it”. Trzeba się starać udawać. Pamiętajmy też, że im lepiej jesteśmy przygotowani, tym mniejszy stres, bo trudniej nas zaskoczyć. Stres jest największy, gdy robimy prezentację na godzinę przed godziną 0. Musimy pamiętać, że publiczność to współodczuwa. To jest trochę tak jak z nieśmiesznym żartem. Jeśli rzucisz taki, to to jest bolesne dla wszystkich, widzów, prelegenta, nikt nie chce być wtedy na sali. Ale to się zdarza i nie ma co się biczować. Może następny chwyci. Czasami jeden żart w jednej grupie zadziała, a w innej grupie nie. Kiedyś miałam takie wystąpienie, że żaden kawał nie wchodził i podjęłam decyzję, by dowieźć po prostu dobrą prezentację do końca, ale już nie będę próbować rozbawiać słuchaczy. Może oni oczekiwali czegoś innego. Trzeba to wyczuć. 

Rzadko na wystąpienie przychodzi ktoś, kto cię nienawidzi i przyszedł zmarnować swój czas, tylko po to, by cię wyśmiać. Ja lubię myśleć, że jeśli ktoś pojawił się na mojej prezentacji, to jest po mojej stronie. Przyszedł z dobrymi intencjami, a nie po to, żeby zobaczyć czy się potknę, albo żeby mnie wyśmiać. Jeśli natomiast ktoś znalazł się tam przypadkiem to to już jest moje zadanie, by go przekonać, że wiem o czym mówię. Warto myśleć o tym w ten sposób. Łatwo to oczywiście zepsuć, jeśli przez pięć minut będziemy się przedstawiać i opowiadać historię firmy, tracąc uwagę publiczności. 

Czy statystycy są zabawni? 

Pewnie. To, co robimy zawodowo, w żaden sposób nie definiuje tego czy mamy poczucie humoru czy nie. Cieszy mnie to, że udało mi się przy okazji moich prezentacji pokazać ludziom, że nie ma tematu, o którym nie da się opowiedzieć w przystępny sposób. Nauka, statystyka, prawo – nie musi to być nudne i żmudne. Absolutnie każdą dziedzinę naszego życia można przedstawić w taki sposób, przy pomocy kilku trików, łatwości poznawczej, by ludzie chcieli tego słuchać. Ludzie chcą słuchać i dowiadywać się nowych rzeczy. To nie jest tak, że jesteśmy „bezmózgami”, którzy lubią tylko oglądać w internecie koty z chlebem na głowie. I to jest pozytywne. 

Ulubiony żart statystyczny, albo matematyczny? 

Wchodzi całka oznaczona do pociągu, a to nie jej przedział. Bawi mnie za każdym razem.

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!