fbpx

Kacper Lachowicz: Jak odnieść sukces pomimo…

Kacper Lachowicz (Kacpa) jest jak film fotograficzny – zamienia każdy negatyw w coś pozytywnego. To prawa ręka Marcina Gortata, mówca sportowo-motywacyjny, trener koszykówki i chodząca inspiracja. Porozmawiałem z nim o tym jak sprawić, by mieć radośniejsze i pełne pasji życie.

Koszykówka ma duży wpływ na to kim jesteś? 

Tak, zdecydowanie. Inspirują mnie historie z NBA, takie jak Allena Iversona. Rozmawiałem z ludźmi, którzy z nim pracowali i to jest niesamowite, że człowiek, który pomimo tego, że robił  wszystko na opak, odnosił takie sukcesy. Jest to dla mnie przykład, że wcale nie trzeba być idealnym, można mieć wady, ale to skupienie na swoich zaletach będzie ci najbardziej służyć. Wiele może się w twoim życiu wydarzyć, ale trzeba pamiętać, że to ty w pełni decydujesz o swoich reakcjach na to co się dzieje, nawet jeśli sprawy nie układają się po twojej myśli.

Koszykówka mnie inspiruje i motywuje, by być uczniem non-stop. Tego nauczyłem się od trenerów z NBA, by być takim „life-time learner”. By niezależnie od tego, czy wcielasz się w rolę trenera, nauczyciela, widza, ojca, czy jesteś dzieckiem, ważne, żeby być ciągle gotowym do nauki. Spotykamy się dziś pierwszy raz w życiu i ja już  z tego spotkania bardzo dużo wyciągnąłem. Czerpię Twoją energię i inspirację od Ciebie. To jest dla mnie klucz do życia, by być ciekawym ludzi, świata i wyłapywać w tych historiach to, co wartościowe. Gdy miałem 25 lat zrobiłem swój pierwszy tatuaż – „Each one, teach one”, co w latach 50-60-ych było sloganem m.in. w gettach w USA, i miało inspirować ludzi do tego, by dawać dzieciakom dobry przykład, pomagać. To sformułowanie „Each one, teach one”, w dużym stopniu mnie definiuje. Jasne, wiemy co dosłownie znaczą te słowa, ale ja to interpretuję tak, że od każdego człowieka możesz coś wartościowego wyciągnąć. 

Co dziś powiedzieliby o Tobie koledzy ze szkoły podstawowej? Już wtedy byłeś taki pozytywny?

Trzeba by ich zapytać, ale czuję w dużej mierze, że taki jestem od zawsze, choć wiadomo, moja osobowość też ciągle ewaluuje. Bardzo chciałbym zapytać kolegów ze szkoły, jak mnie wtedy odbierali, bo może ja pamiętam to inaczej. Wczoraj rozmawiałem z dyrektorem szkoły, do której chodziłem i umówiliśmy się, że w marcu, możliwe, że 76. dnia roku – nawiązując do Philadelphia 76ers, mojej ulubionej drużyny – chciałbym zrobić mini jubileusz, bo w przyszłym roku minie 10 lat odkąd zacząłem jeździć po szkołach prowadząc zajęcia sportowo-motywacyjne. Chciałbym poprowadzić warsztaty dla dzieciaków, przy moich nauczycielach i kolegach z klasy.  

Nie byłoby Ciebie w tym miejscu, jakim jesteś, gdyby nie etyka pracy. Często podkreśla się jej rolę w koszykówce. Bardzo znane są historie Kobe Bryantów, Jimmy Butlerów i Michaelów Jordanów i ich treningów o czwartej rano?

Tak, w ogóle w Polsce rzadko przedstawia się historie ciekawych ludzi, ludzi sukcesu. Nie ma zbyt wielu dokumentów na ten temat. W USA takiej inspirującej treści jest zdecydowanie więcej.  

Bez dwóch zdań, koszykówka nauczyła mnie etyki pracy. Do tej pory jest to warunek mojej pewności siebie. Każdy mój dzień ma inny grafik, więc muszę wpleść swój trening pomiędzy spotkania motywacyjne, prowadzone przeze mnie imprezy, czy treningi indywidualne, na których sam też trenuję, bo najlepszy przykład możemy dać człowiekowi, jeśli sami coś potrafimy wykonać i pokazujemy, że się da. Etyka pracy jest dla mnie bardzo istotna, bo jeśli jestem w stanie znaleźć czas na swój trening to wiem, że nic nie jest w stanie mnie ograniczyć. 

Generalnie przeszedłem długą drogę, by być tu gdzie jestem. Między 16 a 20 rokiem życia paliłem bardzo dużo marihuany, naprawdę dużo. Miałem z tym ogromny problem i nie umiałem sam przestać. Spędzałem kosmicznie dużo godzin na boisku i jednocześnie robiłem takie głupoty. Byłem po prostu zagubiony. W wieku 20 lat wydarzyło się w moim życiu bardzo dziwne zdarzenie, bo w środku mocno zakrapianej imprezy, zacząłem płakać i gadać o Jezusie. Tydzień później o szóstej rano w efekcie wielu dziwnych zdarzeń wylądowałem w kościele i zostałem uzdrowiony. Od tamtego momentu byłem wolny od tego nałogu, bo to był nałóg. Skąd to wiem? Bo wielokrotnie próbowałem przestać, samemu, ale nigdy się nie udawało, co rodziło ogromną frustrację. Więc chwała Bogu za to. 

Wiara jest dla Ciebie ważna?

Bardzo ważna, choć nadal uważam się za osobę poszukującą. Świadomość istnienia Boga w moim życiu jest nieodłącznym elementem, przy całej mojej niedoskonałości. Często jest tak, że jak ktoś określa się jako wierzący, to wtedy oczekuje się od niego perfekcji i wytyka wszystko, co zrobił nie tak. A nie tędy droga, bo nikt z nas nie jest doskonały. Każdy z nas ma wady i jest to normalne. Nie twierdzę, że wiara to jedyna droga w rozwoju, ale w moim przypadku na pewno mi pomaga. 

Bardzo mocno wierzę w to, że jeśli pokonasz siebie, jeśli np. wstaniesz wcześnie rano, a jesteś śpiochem, to to jest mega zwycięstwo. Super, jeśli za tym idą medale, tytuły i podziwiam takich ludzi, ale nie są one niezbędne…

<Kacper zauważa przez okno spacerującą panią w zimowej czapce>

Patrz, idzie pani w klasycznej czapeczce Charlotte Hornets. Właśnie od takiej zaczęła się moja koszykówka… 

Wracając do mojej myśli. Ja nic nie wygrałem w koszykówce, żadnego tytułu. Pod tym względem jestem zupełnym zerem, kompletnym nieudacznikiem. Wszystko co osiągnąłem potem, tam gdzie odniosłem sukces, a nie boję się  tego powiedzieć, bo utrzymuję  rodzinę robiąc to, co kocham, zawdzięczam temu, że umiałem pokonać siebie i swoje myślenie, że mi nie wyszło w koszykówce. Wtedy kiedy nie mam siły, staram się cisnąć dalej.  Ostatnio, gdy złamałem nogę, też musiałem pokonać siebie. 

Rozumiem, że ta etyka pracy nie odnosi się  tylko do sportu, ale też do biznesu?

Bardzo. Koszykówka jest dla mnie tylko platformą, by wygrywać w życiu. To, co dla jednego jest zwycięstwem, dla innego może być porażką. Każdy musi znaleźć swoją drogę i swój sukces, by mieć pokój serca. Często gdy ludzie składają mi życzenia mówią – „życzę ci przede wszystkim zdrowia, bo to najważniejsze”. Ja się wtedy trochę oburzam. Wiadomo, że zdrowie jest bardzo ważne, ale znam osoby, które są zdrowe, ale nieszczęśliwe, albo ciężko chore a szczęśliwe. Ja zawsze powtarzam, że najważniejszy jest pokój serca i pokój ducha. Jak jest to, to z każdą rzeczą, nawet zdrowotną, jesteśmy w stanie sobie poradzić. 

Często poruszasz filozofię „zacznij od siebie”. Co ona oznacza?

Jedyne na co mamy wpływ, to nasza reakcja, gdy coś się stanie nie po naszej myśli. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę, którą często widzę i w którą sam wpadałem, gdy byłem młodszy. ”Ja byłbym lepszy, ale trener nie daje mi grać”, „mamy słabego trenera”, „mamy mały klub i nie mamy sprzętu”. Szukanie powodu swoich niepowodzeń wszędzie, tylko nie w sobie. Możesz mieć niedostatki, ale wtedy trzeba skupiać się na tym, co masz. Jest takie zdanie w Biblii, wypowiedziane przez Jezusa, i jest bardzo dziwne. Długo je analizowałem. On powiedział, „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Na początku pomyślałem, „Jesus, coś Ci się tu chyba pomieszało. Robin Hood zabierał bogatym, a dawał  biednym, więc coś  tu nie gra.” Tylko, że jeśli odłączymy podejście materialne w kontekście tego zdania i wstawimy tam wdzięczność to zdanie to stanie się banalnie logiczne. Ci którzy mają dużo wdzięczności, bez względu na to, ile mają, to dostaną jeszcze więcej powodów do bycia wdzięcznym. A ci którzy nie maja wdzięczności, to bez względu na to co mają materialnego, nigdy nie będą szczęśliwi. Mind blown. 

Koncentracja na wdzięczności i brak koncentracji na swoich brakach jest kluczowe. Przykład, który często opowiadam dzieciakom. Gdy byłem młodszy marzyłem o butach Allena Iversona, ale moich rodziców nie było na nie stać. Inni koledzy, którzy nie trenowali tak ciężko jak ja i nie byli aż takimi fanami, je mieli. Było mi przykro, ale starałem się nie obrażać na świat i nie koncentrować na braku. Dziś tak sytuacja się odwróciła, że te buty same do mnie przychodzą za darmo. Ktoś może się oburzyć, że podaję taki materialny przykład, ale idealnie odzwierciedla on jak niedostatek zamienił się w dostatek. Oczywiście nic nie stało się samo, tylko trzeba było szukać rozwiązań, skupić się na etyce pracy, nie narzekać na brak popularności koszykówki w Polsce, tylko samemu spróbować sprawić, by dyscyplina stała się bardziej popularna. 

Opowiedz o swojej drodze do miejsca, w którym jesteś. Byłeś zawodnikiem, którego kariera nie rozwinęła się tak jak liczyłeś? 

Dobrze, że użyłeś słowa zawodnik, bo ja przeważnie zawodziłem <śmiech>. Nie byłem graczem, tylko zawodnikiem. Zacząłem grać w kosza w wieku 7 lat, gdzieś na ulicy, pod wpływem czapki Hornets i starszego brata, więc wiele mu zawdzięczam. Ja dostałem czapkę Charlotte, a on Phoenix Suns. Od takiej pierdoły zaczęło się to, że Adam też dzisiaj pracuje w koszykówce. Grałem w miasteczku studenckim, bo pierwsze 13 lat mieszkaliśmy w akademiku, gdzie rodzice mieli mieszkanie służbowe. Ciągle byłem ze studentami, na boisku, ze starszymi od siebie ludźmi. To też miało wpływ na mnie, bo czułem, że ci ludzie traktowali mnie z wyższością, trochę z pogardą, w stylu „ej, spadaj”. A przecież ja byłem wtedy dzieckiem i warto byłoby wtedy powiedzieć, „wiesz co, poczekaj teraz tutaj i jak coś, to wejdziesz na zmianę.” Trochę mnie to denerwuje z perspektywy czasu, że nie myśli się o tym, jak podbudować młodego człowieka. Z tego m.in. powodu robię dzisiaj to, co robię. Jest to kolejny przykład tego, że nie warto skupiać się na tym, co negatywnego się wydarzyło, tylko lepiej pomyśleć, co z tamtej sytuacji mogę wyciągnąć pozytywnego. 

Przez lata miałem wielu trenerów, którym wiele zawdzięczam i takich, którzy trochę odrzucili mnie od koszykówki. Każdy mnie nauczył bardzo dużo, bo nawet dzięki tym, przez których odechciewało mi się kosza, teraz wiem, jak nie prowadzić treningu. Jestem im zatem wdzięczny. 

W wieku 12 lat tata zawiózł mnie na trening Wisły Kraków. Tam grałem przez dwa lata, ale nie było to to, czego oczekiwałem i w wieku 15 lat zacząłem jeździć po turniejach streetballowych, po Polsce. W wieku 18 lat trafiłem do UKS Siemaszka Piekary pod Krakowem. Treningi były tam tylko o szóstej rano, więc w klasie maturalnej wstawałem o 4:30, jechałem na trening, brałem prysznic, jechałem do szkoły, potem często śpiąc na lekcjach. W tamtym sezonie nie wygraliśmy żadnego meczu, jeden z nich przegrywając nawet różnicą 100 punktów. W Piekarach grałem następne cztery lata, potem na rok wyjechałem do Tarnowa Podgórnego, gdzie grałem w trzeciej lidze, a następnie wróciłem do Krakowa, na ostatni rok grania, w drugiej lidze. Już wtedy sporo działałem jako Kacpa i to kolidowało z treningami. Uznałem, że więcej mogę osiągnąć jako jedyny w swoim rodzaju trener, niż jako jeden z wielu zawodników. Trzeba było obiektywnie zweryfikować swoje umiejętności. Do NBA bym się nie dostał. Nawet do polskiej ekstraklasy byłoby ciężko, pomimo tego, że codziennie trenowałem indywidualnie, na siłowni i popołudniu z drużyną. Nie żałuję, że przestałem grać, bo mam teraz większy wpływ na otoczenie poza koszykówką, dzięki pracy z dzieciakami. Mogę ich inspirować do bardziej radosnego życia. 

Co myślałeś, gdy zakładałeś firmę, tworząc zawód, który praktycznie nie istnieje – trenera-motywatora-konferansjera? Ludzie z Twojego środowiska pewnie trochę się dziwili, gdy o tym im opowiadałeś, a pani w banku nie wiedziała co wpisać w rubryczce „zawód”, przy procedurze kredytowej? 

Dokładnie tak było i fajnie, że to zauważyłeś. Gdy zastanawiasz się nad tym, w jaki sposób chcesz zarabiać na chleb, to nie warto patrzeć na listę dostępnych zawodów, tylko popatrzeć szerzej i jeśli trzeba, to stworzyć nowy. Pewnie nie każdemu jest to dane, bo ludzie boją się niepewności, tylko mnie ta niepewność ekscytuje i nakręca, by dalej kreować, a nie odtwarzać. Wierzę, że każdy człowiek ma umiejętność adaptacji i bardzo staram się w sobie tę umiejętność rozwijać. 

Czasami dochodzi do kuriozalnych sytuacji wynikających z tego, że trudno wyjaśnić co tak naprawdę robię zawodowo. Gdy złamałem nogę i pani doktor pytała o to, co robię. Powiedziałem, że jestem trenerem koszykówki, a ona na to, że „skoro trenerem, to nie muszę się  za dużo ruszać”. Tylko trudno było jej wytłumaczyć, że podczas zajęć wdrapuję się na kosz, gram z zawodnikami 1-na-1 i robię pompki na czterech piłkach. Ludzie często nie są świadomi tego co robię i na pewno się za to nie obrażam. To, co trochę mi doskwiera to to, że nierzadko spotykam się z brakiem zainteresowania. Robisz nietypową rzecz, a ludzie mają to gdzieś i to dziwi. W przeszłości często budziło się we mnie też poczucie winy, gdy ktoś pytał o mój prawdziwy zawód, pomimo tego, że jestem dumny z tego co robię. Trochę zakłopotany odpowiadałem „ale przecież to jest mój zawód.”

Moment założenia firmy. Miałeś wątpliwości, zmartwienia?

W człowieku zawsze są wątpliwości, ale na szczęście szybko sobie uświadomiłem taką rzecz. Z czym kojarzy ci się słowo „martwisz”? Bo mi z byciem martwym. A ja nie chcę być martwy, tylko chcę żyć. Zawsze jak takie wątpliwości się budziły to mówiłem sobie, „ok, co teraz robisz? Marnujesz czas. Zamieniasz energię na smutek, bo myślisz z negatywnej perspektywy, czasami może nawet i realnej, ale ciągle wmawiasz sobie, że do czegoś się nie nadajesz. Kto ma ci kibicować, jeśli ty sam nie będziesz sobie kibicował? Kto ma cię nakręcać, jeśli sam się nie będziesz nakręcać.” Jasne są gorsze momenty, też dzisiaj, ale trzeba zmienić perspektywę. Jeśli idziesz sam na sam z koszem i myślisz tylko o tym, żeby nie nie trafić, to koncentrujesz się na nie trafieniu. Efekt często jest taki, że pudłujesz. Jeśli myślisz o niepowodzeniu, to je przyciągasz. Nie chodzi o to, żeby nie zdawać sobie sprawy z zagrożeń, ale koncentrować się na solucjach.

Mówiłeś, że każda osoba Cię jakoś inspiruje i od każdego starasz się coś wyciągnąć, ale czy jest ktoś kto Cię zainspirował wyjątkowo? 

Na pewno Ganon Baker, gość od którego miałem okazję się uczyć. To guru skills development, czyli rozwoju indywidualnego koszykarzy. Pracował  z takimi ludźmi jak Kobe Bryant, Lebron James, Vince Carter. Teraz szkoli tych, którzy pracują z kolejnym pokoleniem gwiazd. Jestem jedynym Polakiem, który uzyskał jego certyfikat w Stanach. Swoją drogą, te szkolenie rozpoczynało się 7 czerwca, czyli znowu, liczba 76, na punkcie której mam trochę fioła. Zresztą Allen Iverson tego dnia się też urodził. Ta „76” mnie nakręca pozytywnie. Zdaję sobie sprawę, że szukam jej wszędzie, mniej lub bardziej świadomie. Najfajniej jest, gdy mnie to zaskakuje. Gdy przyjechałem na nagranie Mam Talent z Łukaszem Biednym to otrzymał on numer 3763, czyli nie dość że „76” to jeszcze dwie „3” Allena Iversona. Szukam takich „triggerów”, bo są powodem mojej radości, nawet jeśli jest to trochę dziwne i się tego wyraźnie doszukuję. 

Wracając do inspiracji. Dr. John Wooden, nieżyjący już akademicki trener koszykówki, który pracował na UCLA i miałem to szczęście, że zwiedziłem te miejsca, w których pracował. W moim życiu jest tak, że wiele marzeń mi się spełnia, zanim zdążę je sobie wymyślić. Dzięki Fundacji Marcina Gortata mogłem polecieć do Los Angeles z dzieciakami z campów i mieliśmy jeden dzień w UCLA. Piramida sukcesu dr. Woodena jest wykorzystywana nie tylko w sporcie, ale w szkoleniach biznesowych. Jego definicja sukcesu bardzo dużo mi dała. Według niego, sukces to jest „state of mind”, w którym wiesz, że w danej dziedzinie zrobiłeś wszystko, co było w twojej mocy. Pokój ducha. Nie ma tu nic o pieniądzach, nie ma nic o medalach, czy zwycięzcach. Jest tylko świadomość, że czujesz się spełniony. 

Allan Iverson mnie inspirował. Też mój trener Łukasz Kasperzec, kolega Tomek Fiejdasz, od którego wiele się nauczyłem koszykarsko. Jestem pod wrażeniem etyki pracy Rafała Lipińskiego, Piotra Grabowskiego. Często inspirują mnie też dzieciaki, z którymi pracuję, jak np. Weronika Hip, albo Martyna Radzicka, która jest teraz w USA i z uwagi na dziwne przepisy nie może grać. To jak ona do tego podchodzi jest dla mnie mega inspiracją. Teoretycznie to ja powinienem ją inspirować, a to ona inspiruje mnie. Swoją skromnością inspiruje mnie Adam Waczyński, a podejściem biznesowym poza koszykówką –  Karol Gruszecki.

No i oczywiście Marcin Gortat, to jedna z ważniejszych inspiracji. 

No właśnie, jak doszło do Waszego spotkania i rozpoczęcia współpracy z jego fundacją?

W 2009 zaczynałem przygodę jako trener i razem z moim podopiecznym Piotrkiem Piwońskim, który świetnie sobie radził z trickami z piłkami, jeździliśmy po Polsce i braliśmy udział w konkursach freestyle’u. Widziałem w nim duży potencjał i brałem go na różne turnieje i on wszystko wygrywał jako 11-latek. Zresztą mieszkał pod „76” co jest kolejnym niesamowitym zbiegiem okoliczności. Ze względu na niego pojechałem na camp Marcina w 2009 w Katowicach. 

Ja jestem z Katowic. 

A widzisz. W Katowicach spotkałem też Allana Iversona, gdy ten przyjechał tam podczas mistrzostw Europy w koszykówce i miałem okazję zbić z nim piątkę i dostać autograf. Kolejny „trigger”. Wracając do Gortata, to na tym Campie zauważyłem, że na jego głowie jest strasznie dużo rzeczy – mówił do mikrofonu, pokazywał ćwiczenia, ćwiczył w szarej koszulce z widocznymi plamami potu. Napisałem mejla do jego Fundacji, że pracuję jako konferansjer imprez sportowych, głównie koszykarskich oraz co z mojej perspektywy można by poprawić. Okazało się, że są zainteresowani i mój pierwszy camp miał miejsce w 2010 roku, w Olsztynie. Miałem tam być konferansjerem, ale też technicznym od banerów, sprzętu, itd. Był tam m.in. zawodnik NBA, Marty Conlon, z którym miałem potem okazję się spotkać w Nowym Jorku i który zaprosił mnie do biur NBA. Zobaczyłem jak to wygląda od środka, trampki Wilta Chamberleina, w których rzucił 100 punktów, itp. Marty widząc co potrafię, uznał, że będę też trenerem na campie. Ciekawa zatem jest ta moja droga od rozwieszania banerów do roli trenera, obok koszykarzy NBA. 

W 2010 rokukończyłem 23 lata i miałem ciągle w głowie, że w kosza to ja za bardzo nie umiem grać. Może potrafię kozłować, bo to zawsze mi jakoś wychodziło, ale zawsze od trenerów słyszałem, że tylko w streetball potrafię grać i się nie nadaję. A tu, goście z NBA mi mówią, że super. To był  dla mnie przełomowy moment, który pozwolił mi uwierzyć w siebie i uświadomiłem sobie, że nie muszę być najlepszy w kosza, by przez swoje cechy charakteru służyć ludziom w inny sposób. 

Dziś sam Marcin w trakcie campów mówi, że jestem jego prawą ręką. Mówi też inne śmieszne rzeczy. Starając się mnie przedstawić raz rzucił, że znam wszystkie dzieci w Polsce. I potem koledzy się ze mnie śmiali i pytali jak jakieś przechodzące obok dziecko ma na imię. Albo w Karpaczu, które swoją drogą bardzo lubię, bo z liter można utworzyć Kacpa – kolejna rzecz, której się doszukałem – i tam Marcin mnie nazwał „szczurem hali”, bo chciał przetłumaczyć angielskie sformułowanie „gym rat”, czyli osoba, która ciężko pracuje na siłowni czy w hali, ale w polskiej wersji nie brzmi najlepiej. To dla mnie ogromna rzecz, że mogę z Marcinem pracować, prowadzić camp w Waszyngtonie, też dla dzieciaków ze Stanów i jest to dla mnie mega szczęście, że mogę się cieszyć zaufaniem takiego gościa. 

Spełnianie marzeń sprawia czasami, że to co kiedyś było nie do pomyślenia, powszednieje. Mi to się przytrafiło i trochę mnie to przeraziło. Też tak miałeś? 

Tak, ale muszę sobie wtedy dać takiego metaforycznego liścia w twarz i przypomnieć, że kilka lat temu oddałbym za to wszystko. Trzeba w sobie budzić taką wdzięczność i przypominać o tym. Wiem o co Ci chodzi i to jest naturalna rzecz. No i znowu, kwestia twojej reakcji – czy zgnuśnieć, czy być jeszcze bardziej wdzięcznym. Takie spełnienie marzenia i przejście do codzienności może być też inspiracją, by spełniać jeszcze większe marzenia. 

99% uczniów, dla których prowadzisz swoje zajęcia, nigdy nie będzie koszykarzami, ani nawet sportowcami, ale zakładam, że Twoim celem jest to, by znaleźli w swoim życiu jakąkolwiek pasją i za nią podążyli. Jak to osiągnąć, bo mam wrażenie, że jest coraz mniej pasjonatów? 

Tak, moją intencją jest ukierunkowanie ich na jakąkolwiek pasję i uświadomienie im, że ludzie wyjątkowi to są ludzie, którzy decydują się na wyjątkowość. To ludzie, którzy są w stanie przyjąć na klatę ilość powtórzeń, niepowodzeń, które prowadzą ich do powodzenia. Ja nie jestem niesamowity, tylko jestem uparty. Każdy z nas jest uparty, bo jak uczyliśmy się chodzić, to cały czas się przewracaliśmy i wstawaliśmy. Mamy zatem ten upór w naszym DNA. Uczyliśmy się chodzić mimowolnie, nieświadomie, a teraz gdy mamy już tę świadomość, to wolimy odpuścić, bo ktoś może się z nas śmiać. Ludzie bez pasji, którzy próbują ściągnąć na dół tych z pasją, robią to, bo często są pesymistami, są życiowo sfrustrowani. Jeśli ktoś chce namówić kogoś żeby przestał, to zwykle nie rozwija go, choć paradoksalnie przez kontrolę naszej reakcji na negatywny feedback, możemy wykorzystać go jako dodatkową motywacje.

Widzę, podróżując po Polsce, że jest mnóstwo ludzi z pasją, ale tracimy wiele przez naszą narodową cechę, jaką jest nieufność, czy brak otwartości. Gdybyśmy byli bardziej otwarci, to moglibyśmy osiągnąć znacznie więcej. Dzisiaj są Mikołajki i chciałem zrobić coś dla dzieciaków, tak po prostu, za darmo. Dzwoniłem po różnych szkołach, ośrodkach, proponując zajęcia, ale przez nieufność ludzi, nic nie udało się zorganizować. Sam uczę innych, by próbować, znowu i znowu, i znowu, ale jest to frustrujące, gdy chcesz dać komuś jakąś  wartość za darmo, a traktują cię jakbyś chciał tym dzieciakom zrobić krzywdę. 

Wierzę, że takich zajęć jak moje powinno być w szkołach więcej. Uczymy się wielu niepotrzebnych rzeczy, a zapominamy o tym co ważne. Często prowadząc zajęcia w szkole, dochodzi do sytuacji, w której dzieciak ledwo radzi sobie z utrzymaniem dwóch piłek, ale po kilku moich wskazówkach jest w stanie wykonać ćwiczenie, za które przed chwilą nie wiedział jak się zabrać. I robi to przed całą szkołą. Jaka jest najczęstsza reakcja publiczność? Cisza. Ja muszę wszystkim przypominać, że zamiast tylko siedzieć i patrzeć, trzeba w tym momencie tę osobę docenić i dać wsparcie. To jest absurd, że trzeba o tym przypominać. Myślę, że w szkołach powinno być więcej takich spotkań, z ludźmi którzy kochają to, co robią i inspirują innych do tego, by szukali swojej pasji. 

Jakie Ty masz jeszcze marzenia? Wiele się już spełniło, nawet to, o czym nigdy nie marzyłeś? 

W mojej codzienności jest dużo spełnienia i dbam o to, by było sporo wdzięczności. Czasami sobie myślę, że byłoby przegięciem, gdybym chciał czegoś więcej i byłbym totalnym idiotą, gdybym narzekał. Faktycznie, marzenia mi się czasami same spełniają. Dzięki współpracy z firmą Spalding byłem na klinice Junior NBA w Londynie, przy okazji meczu Filadelfii, moim pierwszym z udziałem 76-ers. Trochę przez przypadek pomagałem przy prowadzeniu zajęć dla dzieciaków i tuż przed nimi uświadomiłem sobie, że to jest spełnienie mojego marzenia. 

Mam też taką wizję, marzenie, by Kacpa Challange, czyli formuła rywalizacji bezkontaktowej, którą wymyśliłem, była znana na całym świecie. By dzieciaki spod Chicago i Los Angeles mogły przez komórkę porównywać się z tymi z Ciechocinka. Wierzę, że to się spełni i że życie to za mnie zrobi. Brzmi to trochę leniwie, ale widzę, że jak się skupiam na tym co jest tu i teraz, to takie rzeczy same przychodzą. Miałem dziesiątki takich sytuacji. Marzyłem o maszynie do podawania piłek, na którą mnie nie było stać, a ktoś ją kupił dla mnie. A nawet ją o to nie prosiłem.  

Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Czuję, że mogę być wszędzie i to mnie ekscytuje.

Photo: Kacpa.pl

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!