fbpx

Rita Malinkiewicz: Bo życie jest tylko jedno

Rita Malinkiewicz to wielokrotna medalistka mistrzostw Polski w kolarstwie górskim oraz reprezentantka kraju na imprezach mistrzowskich. Jest też przykładem tego, jak radzić sobie z przeciwnościami losu oraz jak skutecznie i z odwagą przejść z jednego etapu życia do kolejnego.

Poznaliśmy się jak miałaś 17 lat. Jaka byłaś wtedy i jak zmieniłaś się od tego czasu? 

Bardzo się zmieniłam. Przede wszystkim zmieniły się wartości, którymi staram się w życiu kierować. Dziesięć lat w UKS Superior Zator wiele mnie nauczyło – to właśnie tam miałam pierwszy kontakt ze sportem, tam pokazano mi, jak ciężko muszę pracować, by osiągnąć sukces. Całe moje życie podporządkowane było pod kolarstwo. Gdy pojawiła się jednak pierwsza poważna kontuzja, czyli złamanie łopatki z trzema przemieszczeniami, moje spojrzenie na świat całkowicie się zmieniło. To był dla mnie przełomowy moment, w którym zrozumiałam, że to nie sport powinien być na pierwszym miejscu. Dziś mogę otwarcie powiedzieć, że przed kontuzją byłam niedojrzała. Wydawało mi się, że świat bez roweru dla mnie nie istnieje. Po rehabilitacji wiedziałam, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Miałam z tyłu głowy, że zdrowie, rodzina i inne wartości są ważniejsze, niż kolarstwo, które przez pewien czas było dla mnie priorytetem. W międzyczasie trafiłam do drużyny zawodowej i to był kolejny punkt przełomowy. Startowałam w innej konkurencji, w maratonach. Ta odmiana kolarstwa mocno mnie znużyła, bo nie było w niej tyle adrenaliny podczas rywalizacji, co w konkurencji olimpijskiej cross country oraz w kolarstwie przełajowym. Nie startowałam w Pucharach Świata, nie walczyłam o najwyższe cele na arenie międzynarodowej, co też miało na mnie ogromny wpływ. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że w Polsce nie ma możliwości, aby utrzymać się z jazdy na rowerze. W końcu podjęłam decyzję o zakończeniu kariery – z powodu problemów zdrowotnych oraz wypalenia i niechęci do roweru. Dopiero niedawno wsiadłam na rower z taką samą pasją, jak wtedy, gdy wsiadałam na niego trzynaście lat temu! 

Poruszyłaś temat problemów zdrowotnych. Możesz o nich opowiedzieć? 

Zakończyłam karierę we wrześniu ubiegłego roku i potem przez długi czas nie trenowałam. Wróciłam trochę do jeżdżenia podczas wyjazdu do Hiszpanii, który już wcześniej miałam zaplanowany na początek roku. Już tam źle się czułam, a po powrocie wykryto u mnie zmiany w lewej piersi. Ostatnie pół roku byłam na lekach hormonalnych. Wyszło również, że mam Hashimoto, przez które pojawiły się problemym z niedoczynnością tarczycy. Leki przyjmuję nadal. Na szczęście, we wrześniu okazało się, że wszystko jest w porządku jeśli chodzi o zmiany w piersi, jednak muszę regularnie przechodzić badania USG, by kontrolować czy coś niedobrego się nie pojawia. Ale żeby było tego mało – w czerwcu ugryzł mnie kleszcz i po badaniach zdiagnozowano u mnie boreliozę. Dostałem antybiotyk na 30 dni, a jego skutki odczuwałam jeszcze przez lipiec i sierpień.  

Mimo tego wszystkiego zachowujesz radość i optymizm. 

Jak każdy mam momenty załamania i gorsze dni, ale staram się podchodzić do życia z większym entuzjazmem, bo życie jest jedno. Co z tego, że będę pokazywać na zewnątrz, że jest mi smutno, że się załamuję? Nie o to w tym wszystkim chodzi. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Problemy zdrowotne, mocno mnie zbiły z nóg, ale cały czas starałam się z optymizmem patrzeć w przyszłość. Czasem mam wrażenie, że to pozytywne nastawienie sprawiło, że problemy się rozeszły. Staram się zarażać ludzi pozytywną energią i nie wyobrażam sobie życia, w którym będę się nad sobą użalać.

Zawsze taka byłaś?

Nie. Od pewnego czasu, od jednego z tych punktów przełomowych. Stałam się innym człowiekiem i zaczęłam dostrzegać małe rzeczy, które mnie cieszą. Radość sprawia mi każdy mały sukces, jak np. dogadanie jakiejś drobnej umowy ze sponsorem, udany dzień w pracy. Tak naprawdę staram się cieszyć z każdej chwili, z tego, że spotykam na swojej drodze wspaniałych ludzi. Dzięki tym małym zwycięstwom buduję swoją markę, staram się rozwijać i dziś mogę stwierdzić, że jestem człowiekiem szczęśliwym. Robię to, co lubię i raczej jestem postrzegana jako osoba, która „ogarnia”. Słyszę głosy, że jestem businesswoman i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych – to miłe. Ja jednak nie postrzegam siebie jako businesswoman, staram się po prostu robić swoje. 

Najtrudniejszy, najprzyjemniejszy i najciekawszy moment w karierze kolarskiej? 

Najtrudniejszy był chyba cały zeszły rok, gdy podjęłam decyzję o zakończeniu kariery. Pomimo tego, że ogłosiłam, że kończę, to wewnątrz cały czas biłam się z myślami i było mi ciężko. Trudnym okresem był też ten, gdy przechodziłam z jednej ekipy do drugiej, w połowie sezonu 2017. Mocno to na mnie wpłynęło emocjonalnie. Może nie powinnam tego mówić, ale przez pewien czas korzystałam z pomocy specjalisty. 

Najlepszy moment to chyba pierwszy medal mistrzostw Polski w 2013 roku. Było to coś, na co ciężko pracowałam przez kilka lat, o czym marzyłam i co spełniłam. Miałam wtedy wrażenie, że wskakuję na inny poziom i uświadomiłam sobie, że jeśli o czymś marzę i będę do tego dążyć, to jestem w stanie to osiągnąć. 

Najciekawszy moment, to cały sezon 2013, bo to był ogólnie przełomowy rok. Tydzień przed mistrzostwami świata MTB w RPA, na które miałam już zapewniony wylot, zdobyłam brązowy medal Górskich Szosowych Mistrzostw Polski. Był to dla mnie pierwszy medal na szosie i do dziś go pozytywnie wspominam. Przez ten ból i emocje, po raz pierwszy w życiu popłakałam się na mecie ze szczęścia. Najciekawsze momenty w moim życiu, nie w karierze kolarskiej, miały miejsce w tym roku – byłam na stażu w TVP Sport, poznałam wielu ciekawych ludzi. Ludzi, którzy wcześniej mnie inspirowali, których śledziłam w mediach społecznościowych, a teraz to ja mogłam im pomóc przez firmę New Level Sport, w której pracuję. 

Jak wyglądało Twoje przejście z kariery kolarskiej, do normalnego życia. Był jakiś konkretny plan? 

Na początku miałam obawy, bo sportowcy często nie wiedzą co ze sobą zrobić. Kończyłam na studiach drugi kierunek, inżynierię jakości, a rok wcześniej skończyłam zarządzanie, ale nie do końca byłam pewna, czy z tymi dziedzinami chcę się związać zawodowo. Przez ostatnie swoje trzy lata ścigania, studiowałam i pracowałam, do tego regularnie trenując – może dlatego było mi łatwiej. Sporo w życiu już robiłam, byłam kelnerką, pracowałam w restauracji, współorganizowałam imprezy sportowe, pracowałam na produkcji. Każde z tych doświadczeń czegoś mnie nauczyło. Często słyszę, że zaraz po zakończeniu kariery doświadcza się tąpnięcia w życiu, bo człowiek budzi się w innym świecie. Na szczęście ja obudziłam się wcześnie, nie z tzw. ręką w nocniku. Miałam jakiś ogólny plan na siebie, ale nic konkretnie sprecyzowanego. Na początku nie było łatwo, ale ja wychodzę z założenia, że gdy zamykamy jedne drzwi, to otwierają się kolejne i to od nas zależy, które wybierzemy. Wtedy już od blisko roku pracowałem w jakości, czyli w zawodzie związanym z moim kierunkiem, ale była to praca „etatowa” i nie do końca mnie to cieszyło. Była to też praca na trzy zmiany, łącznie z nockami, itd. więc rytm dnia był u mnie mocno zaburzony. Doskonale wiedziałam, że nie jest to zajęcie, z którym chciałabym zawrzeć związek długoterminowy. Chwile po zakończeniu „kariery” wykluł się temat pracy dla New Level Sport – firmy, w której mam dostęp do najlepszego sprzętu sportowego na świecie, sprzętu do diagnostyki sportowej i regeneracji. Uważam, że wybrałam właściwą ścieżkę i będę się w niej realizować. Jestem tam odpowiedzialna za rynek kolarski i po części triathlonowy. Współpracuję teraz z zawodnikami, największymi drużynami sportowymi, ale również z gabinetami fizjoterapeutycznymi. 

Co bardziej ci się podoba – życie kolarza, czy businesswoman? 

Zawsze marzyłam o tym, by być zawodowym kolarzem i dalej gdzieś to we mnie siedzi. Połączenie profesjonalnego kolarstwa z pracą zawodową byłoby jednak na dziś trudne, bo tej pracy jest sporo. Na razie postanowiłam wrócić do regularnych treningów, gdyż wszystko dobrze się układa i będę mogła dostosować pracę do godzin treningu. Póki co, buduję dwuosobową drużynę. Ten pomysł miałam już od dłuższego czasu, ale pomimo, że jestem dość niezależna, to pojawiały się ogromne obawy, czy sobie poradzę. W sezonie 2020 postanowiłam, że zadebiutuję w konkurencji Enduro. Wiem, że jako zawodniczka cross country powinnam sobie poradzić. Walczę aktualnie o sponsora finansowego, który pomoże mi wystartować w najważniejszych wyścigach w Polsce i Europie. Planuję też starty w wyścigach XC. Chciałabym wrócić na poziom, który kiedyś reprezentowałam. Z tego też powodu podjęłam decyzję o powrocie pod skrzydła Trenera, który pomoże mi wrócić na odpowiedni tor. Jak każdy człowiek, mam obawy, bo powroty do aktywności po blisko roku nie są zbyt łatwe, zarówno pod względem fizycznym, jaki i psychicznym. Ja jestem jednak typem „małego wojownika” i nie ukrywam, że nadal mam w głowie ogromne marzenie, które związane jest z kolarstwem. Życie kolarza podoba mi się zatem bardziej. 

Czego kolarstwo cię nauczyło, co teraz wykorzystujesz w życiu „cywila”?

Chyba wszystkiego. Kolarstwo nauczyło mnie życia, trochę takiego pozytywnego kombinowania, zaradności, ale też determinacji, ciężkiej pracy, cierpliwości w dążeniu do celu. Droga do poziomu nawet mistrza Polski, nie mówiąc o mistrzu świata, jest bardzo długa. Sam talent i predyspozycje nie wystarczą. To ciężka praca każdego dnia, przy każdych warunkach pogodowych, w deszczu, czy śniegu. Kolarstwo nauczyło mnie też idealnego rozplanowania dnia. Nie tracę czasu na to, co zbędne. 

Często wrzucasz na swoich social mediach zdjęcia, czy filmy z treningów o wczesnych godzinach, np. o piątej rano. Czy łatwo Ci to wstawanie przychodzi? 

Zawsze byłam porannym skowronkiem. Na zgrupowaniach ludzie się na mnie denerwowali, że tak wcześnie wstaję, a ja tak po prostu mam. Zwykle o 22 jestem zameldowana w łóżku i budzę się skoro świt. W liceum robiłam pierwszy trening przed szkołą, po czwartej rano i potem po szkole drugi trening. Tak mi zostało z tych młodych lat. Poranny trening zapewnia mi to, że dobrze rozpoczynam dzień i potem mam czas na pracę. Nie jest on dla mnie jakimś wielkim wyczynem, bo sprawia mi przyjemność i daje mnóstwo energii na resztę dnia. 

Uważam, że jazda na rowerze, czy inne aktywności, pozytywnie wpływają też na moją kreatywność. Wiele pomysłów pojawiło się w mojej głowie w trakcie treningu. Zazwyczaj wykonuję go w samotności, więc mam otwarty umysł na wszystkie myśli i wpadam na genialne pomysły. Od jakiegoś czasu od razu je spisuje, bo zdarzało mi się je zapomnieć pod koniec jazdy. 

Z jakim odbiorem spotykasz się mówiąc o swoich szalonych pomysłach? I jak radzisz sobie z wprowadzaniem ich w życie, pomimo sporych wątpliwości otoczenia? 

To zawsze jest dla mnie wyzwanie! W pewnym momencie przestałam o nich mówić na głos, bo często słyszałam, że „to jest niemożliwe”, albo inne teksty, które mnie mocno ograniczały. Odkąd stałam się niezależna robię to, co uważam. Jak widać dzięki takiemu podejściu teraz mogę przez cztery miesiące mieszkać w Hiszpanii. Bliscy mi czasem mówią, że albo odniosę duży sukces w życiu, albo „popłynę”. Coś w tym jest. Pływać nie lubię, więc będę się trzymać tej pierwszej wersji. Jestem takim typem człowieka, że jak ktoś mi powie, że się nie da, to zawsze staram się udowodnić, że nie ma racji. Jak nie dam rady? Ja?

Po prostu staram się żyć odważnie, bo życie mam tylko jedno!

Photo: Archiwum Rity Malinkiewicz

1 Comments
  1. avatar image
    Eni at Grudzień 29, 2019 Reply

    Z serca trzymam kciuki i ślę pozytywną energię!!!

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!