fbpx

Czym dla Amerykanów jest sport akademicki?

Studenci w Polsce wychodzą masowo na ulice praktycznie raz w roku – na Juwenalia. W amerykańskich miastach uniwersyteckich praktycznie co tydzień, gdy gra ich drużyna footballowa lub koszykarska. 

Madison to miejscowość akademicka. Swoją siedzibę ma tam największa uczelnia w stanie, University of Wisconsin. Prowadzi ona aż 23 drużyny sportowe, w różnych konkurencjach. Wszystkie występują pod nazwą Wisconsin Badgers. Gdy gra ich zespół footballowy, miasto zamienia się w jeden wielki, czerwony, głośny, podpity i najedzony stadion. Przeważnie arena zmagań – Camp Randall Stadium – jest wypełniona po brzegi. Zasiada tam ponad 80 tysięcy widzów. Dla porównania, gdy grałem w uczelnianej drużynie siatkówki w Katowicach, nasze mecze oglądały dziewczyny kilku zawodników, woźny, który miał klucz do sali i siatkarze z pozostałych szkół, którzy czekali na swój mecz.

Poza tymi 80 tysiącami ludzi, kolejne 40 tysięcy – głównie studenci, ale nie tylko – grilluje i imprezuje poza stadionem – wszyscy ubrani w charakterystyczne czerwone barwy. Miasto jest zupełnie zakorkowane, gdyż na mecze zjeżdżają się ludzie z całego stanu. My jechaliśmy z miejscowości oddalonej o ok. 100 kilometrów i po drodze mijaliśmy mnóstwo innych zmotoryzowanych kibiców. Za parking pod stadionem trzeba wyłożyć ok. 30 dolarów. Im dalej, tym taniej, ale w promieniu pięciu kilometrów trudno o bezpłatne miejsce.

Niektóre place są zamykane już kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem, by można było rozpocząć tzw. tailgating, czyli przedmeczowe grillowanie. Ludzie czekają na otwarcie bramek zajadając hot-dogi i burgery, rzucając piłką do footballu i poprawiając sobie nastrój na różne możliwe sposoby. W Ameryce nie liczy się tylko sam sport, ale też, a być może przede wszystkim, otoczka. Jeśli nie zobaczysz lub nie weźmiesz udziału w tailgatowaniu, w pełni nie odczujesz prawdziwej atmosfery meczu akademickiego.

Kim jestem? – absolwentem …

Dla Amerykanów mecze uniwersyteckie są często ważniejsze, niż mecze w ligach zawodowych. Zawodnicy nie są skażeni milionowymi kontraktami i nie zmieniają oni barw klubowych po sezonie. Wszyscy czują silną więź emocjonalną i identyfikują się ze swoją „alma mater”.

Gdy ci najlepsi trafiają z college’u do profesjonalnej ligi, nie zapominają o tym, skąd pochodzą i gdzie zaczęli poznawać dorosłe życie. Michael Jordan zawsze pod spodenkami Chicago Bulls zakładał spodenki drużyny swojej uczelni, University of North Carolina. Wielu sportowców często odwiedza swoją szkołę i nierzadko wspiera ją finansowo. Podczas „naszego” meczu, w przerwie między połowami honorowanych było kilku najlepszych sportowców tej uczelni. Wśród nich był m.in. Devin Harris koszykarz Dallas Mavericks, który poświęcił swój cenny czas przed sezonem, by osobiście pojawić się na krótkiej uroczystości.

Grający cheerleaderzy

Wisconsin Badgers mają jedną z najlepszych i największych orkiestr marszowych (marching band) w całym kraju. Składa się ona z ponad 300 członków. Wszyscy są studentami. Grają oni zarówno przed meczem, przed stadionem, w czasie meczu na stadionie, a także po meczu, podczas tzw. piątej kwarty. Ten ostatni występ jest jedną z tradycji drużyny, znaną w całych Stanach (w czasie „naszej” piątej kwarty, ktoś z zespołu oświadczył się na środku murawy!). Orkiestra ta powstała w 1885 roku i przynależność do niej jest wielkim powodem do dumy.  Żeby dostać się do zespołu należy przetrwać tygodniowy „obóz treningowy”, podczas którego chętni grają po 2-3 godziny rano, 3-4 godziny popołudniu, oraz 2-3 godziny wieczorem. Każda osoba musi także przejść indywidualne  „muzyczne interview” przed dyrygentem o 45-letnim stażu.

Do orkiestry trafiają tylko najlepsi i widać to podczas ich występu. Tworzą oni różne formację, o różnych kształtach, cały czas grając. Wszystko to odbywa się z dokładnością, jakiej nie powstydziliby się żołnierze z północnokoreańskiej armii.

Uczelniane tradycje

Sport akademicki w Ameryce wiąże się z niezliczoną liczbą tradycji. Wisconsin Badgers ma ich kilka. Jedną z nich jest wykonywanie pompek przez maskotkę zespołu, „Buckingham U. Badger,” znanej jako „Bucky Badger”. Robi ich tyle, ile drużyna w danym momencie ma punktów na koncie. Na jego nieszczęście tego dnia „nasi” wygrali 58 do zera. Trzeba się było nieźle napocić, by tradycję wypełnić. Zadaniem kibiców jest natomiast kiwanie się do przodu i do tyłu po każdym przyłożeniu. Wygląda to efektowanie, gdy robi to na raz kilkadziesiąt tysięcy osób.

Poza „piątą kwartą”, inną muzyczną tradycją jest wspólne śpiewanie piosenki „Jump around” (House of pain) i rytmiczne do niej skakanie, po zakończeniu trzeciej kwarty. Śpiewany jest również hymn drużyny, „Oh, Wisconsin”, a także inne piosenki, które mają pobudzić drużynę do walki i rozbudzić kibiców – „Sweet Caroline”, czy też „(Build Me Up) Buttercup”. Najgłośniejsza jest zwykle trybuna studencka, która prowadzi doping. Rozpoczyna ona też, kończy, a także modyfikuje „meksykańską falę”. Modyfikuje, np. zaczynając ją w zwolnionym tempie.

Do tradycji w Ameryce podchodzi się niezwykle poważnie. Kraj ten nie ma specjalnie bogatej i długiej historii, ale w niczym to nie przeszkadza. Każda tradycja jest pielęgnowana i uznawana za symbol danej uczelni. Zwyczaje w Madison już znacie. W Tennessee zawodnicy wbiegają na boisko przez „literę T” uformowaną przez orkiestrę marszową. W Ohio, muzycy tworzą napis „Ohio”, a w roli kropki nad „i” występuje albo najbardziej doświadczony z członków zespołu, albo ktoś zasłużony. Na uczelni wojskowej Texas A&M jedna z trybun nazwana jest „12. zawodnikiem”. Zasiąść może na niej aż 20 tysięcy ludzi i o północy, przed każdym meczem na swoim stadionie, studenci zbierają się na tzw. „treningu krzyczenia”. Na uczelni Iowa pomalowano szatnie drużyny przeciwnej na kolor różowy, by psychicznie „zmiękczyć” rywali. Na uniwersytecie Auburn obrzuca się – na szczęście – drzewa papierem toaletowym. Jeden z kibiców przeciwnej drużyny, tak nie znosił swoich rywali, że postanowił drzewa otruć. Musiały one zostać wycięte w 2012 roku i zasadzone nowe. Nie można ich było obrzucać aż do 2016 roku, gdy osiągnęły odpowiednie rozmiary.

Uczelnie mają różne maskotki – żywego buldoga (uniwersytet Yale, Georgia), czy też białego konia (USC). Od 1947 maskotką uniwersytetu w Kansas City jest Willie the Wildcat, a tożsamość osoby przebranej za żbika jest ściśle tajna. W Stanford maskotką jest osoba przebrana za drzewo, w University of Oklahoma Sooners bryczka o nazwie „Sooner Schooner” napędzana przez dwa koniki, a w Auburn wypuszczany jest żywy orzeł, który wykonuje jedną rundkę wokół stadionu. Bizon biega natomiast po murawie na początku każdej połowy w meczach University of Colorado, a na uniwersytecie Florida State zmagania rozpoczynają się od wjazdu Indianina na koniu, Chiefa Osceoli.

Nawet jeśli nie interesuje was sport. Nawet jeśli wasza wiedza na temat tego czym jest przyłożenie, ogranicza się tylko do tego, że wiecie, że Al Bundy miał cztery w jednym meczu. Nawet jeśli football amerykański jest dla was tylko zgromadzeniem kilkunastu idiotów, którzy naparzają się jeden w drugiego, to polecam wybrać się mecz ligi uniwersyteckiej. Dla atmosfery, dla muzycznych przeżyć, dla nowego doświadczenia, dla hot doga i piwa przed meczem. Albo dla cheerleaderek.

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!