fbpx

Dlaczego kwarantanna jest jak maraton

18 dni kwarantanny za nami. 

Powoli kończę Irlandczyka na Netflixie. 

Moja córeczka, która na początku marca była 5-miesięcznym niemowlakiem, teraz przygotowuje się do testów ośmioklasisty. 

W styczniu organizowaliśmy z żoną chrzciny, a teraz mam wrażenie, że trzeba się zabrać za organizację złotych godów

Generalnie wszystko strasznie się dłuży i trzeba sporo cierpliwości, by wyjść z tej pandemii w dobrej kondycji psychicznej. Ja sobie z tym jakoś radzę, bo mam na koncie kilka lat pracy zdalnej, ale też kilkanaście biegowych maratonów i jeden pierwszy maraton, które jak się okazuje, ma wiele z kwarantanną wspólnego. No bo patrzcie. 

Przed biegiem czuje się ogromny stres i obawy, ale z drugiej też strony jest w nas też naiwny element podekscytowania („nadrobię Netflixa, książki, podszkolę się w czymś”). Na starcie patrzysz na innych i zastanawiasz się, czy jesteś od tego/tamtej lepszy („czy ten czasem nie jest chory, na mnie nie kaszlnie”), ale specjalnie się tym nie przejmujesz. Pierwsze kilometry nie są takie straszne, mijają dosyć szybko, a ty czujesz się nieźle („Wiadomości: 16 osób zarażonych”). Potem przychodzi kilometr 10. („wprowadzenie stanu epidemicznego”) i pierwsza strefa bufetu. Każdy walczy o swoje, ludzie się przewracają o czyjeś nogi, wyrywają jedzenie i kubki z rąk, dla wielu nie starcza bananów, a dla wolniejszych zostaje tylko niebieski Powerade (wiadomo). 

Po 15. kilometrze, gdy stawka się rozciągnie, kończą się rozmowy, śmieszkowanie i uświadamiasz sobie, że to na serio. Zaczynasz zastanawiać się jak urozmaicić sobie czas, by szybciej biegł i starasz się nie myśleć o tym, że startujesz w maratonie. Starasz się jakoś zdekoncentrować swój umysł, by nie skupiał się na cierpieniu („sprzątanie, książki, filmy i podcasty nie o wirusach”). Okazuje się jednak, że nie da się tego zrobić, bo ciągnący mięsień w łydce przypomina ci o wysiłku przy każdym kroku („włączony telewizor i ciągła dawka informacji”). W połowie, gdy ledwo już żyjesz uświadamiasz sobie, że przed tobą jeszcze kawał drogi i będzie tylko gorzej. Na tym etapie już na pewno wykonujesz obliczenia matematyczne, ile kilometrów („tygodni”) za nami, a ile jeszcze nas czeka („tygodni do końca oficjalnej kwarantanny”). Zastanawiasz się jak to się prezentuje procentowo. W okolicach 30.kilometra wydaje ci się, że meta nigdy nie nadejdzie. Powoli kończą ci się zapasy najważniejszego, czyli energii i glikogenu („papier toaletowy”). Jesteś w tym wszystkim sam, mimo, że podobne problemy mają wszyscy dookoła. Niektórzy schodzą z trasy („padające firmy, zachorowania”), ale ty starasz się ciągnąć to dalej. Nie możesz się zatrzymać, nie możesz skorzystać z pomocy jadącego na rowerze, nie możesz skracać. Nic w zasadzie nie możesz, tylko biec („#zostanwdomu”) i co najwyżej zatrzymać się na krótką wizytę w krzakach („spacer z psem”). 

Przebiegasz przez kolejną strefę bufetu i tak jak w pierwszej nie udało ci się nic złapać, tak teraz, gdy tłum się rozproszył, możesz przebierać w rodzajach ciastek. Nawet bezglutenowe są. Na 37.kilometrze jesteś już tak zmasakrowany przez trasę, że przebierasz tylko bezmyślnie nogami. Wszystko ci już jest obojętne, aż okazuje się, że organizatorzy zaplanowali dwukilometrowy podbieg na samą końcówkę („brak pomocy ze strony rządu”). Wściekasz się na nich i przeklinasz ich w głowie w trzech językach, mimo, że znasz dwa. W końcu dobiegasz do mety, czujesz radość („koniec oficjalnej kwarantanny, spadek liczby zarażonych”), ale też zawód, bo nie uzyskałeś planowanego czasu („nie wykorzystałem tego okresu do rozwoju, w takim stopniu w jakim bym chciał”). Okazuje się, że to wcale nie koniec cierpień („skutki ekonomiczne”). Nogi są praktycznie do wyrzucenia. Nie jesteś w stanie na nich stać, nie umiesz chodzić, wszystko cię szczypie, obciera. Nie masz ochoty jeść i odczuwasz skutki tej męczarni przez kilka kolejnych dni albo tygodni. Trudno przewidzieć. 

Po jakimś czasie uświadamiasz sobie jednak, że może i to było potrzebne. Może dzięki doprowadzeniu organizmu do takiego stanu bardziej docenisz momenty odpoczynku i fakt, że jesteś zdrowym człowiekiem, który może sobie pozwolić w życiu na taką rozrywkę jak bieganie. Może zaczniesz nad sobą pracować, by w przyszłości tak nie bolało i byś był lepiej przygotowany na kolejne wyzwania. 

Każdy maraton jest długi, nieprzyjemny i wymaga cierpliwości, ale po każdym wychodzi się z niego mocniejszym. 

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!