fbpx

Iron Cowboy – historia człowieka, który ukończył 50 Ironmanów w 50 dni

Nikt tak nie inspiruje do robienia wielkich rzeczy, jak ten brodaty facet, który dla dzieciaków przebył tysiące kilometrów. I nie chodzi mi o św. Mikołaja, a o pewnego ojca, męża i sportowca, który zrobił coś, co każdemu z nas wydaje się niemożliwe.

Wyobraź sobie, że masz przepłynąć cztery kilometry. Ciężko by było, nie? A teraz wyobraź sobie, że przepływasz te cztery kilometry, a potem musisz wsiąść na rower, by przejechać 180. Niemożliwe? Raczej dla większości z nas, tak. To teraz sobie pomyśl, że jakimś cudem przejechałeś ten dystans i kolejnym zadaniem jest przebiegnięcie maratonu, czyli 42 kilometrów i 195 metrów. O ile przeżyjesz, to najprawdopodobniej będziesz przez trzy kolejne dni spać, a kolejne dwa czołgać się do łazienki. I wyobraź sobie, że masz to powtórzyć codziennie, przez 50 dni z rzędu, w 50 różnych miejscach, oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów.

Tego właśnie dokonał James Lawrence, aka Iron Cowboy. Największy kozak na świecie.

Przepłynął 195, przejechał 9000 i przebiegł 2110 kilometrów po to, by inspirować ludzi do robienia wielkich rzeczy. Rzeczy, które wydają się niemożliwe. Zrobił to, by udowodnić wszystkim, którzy na jego pomysł reagowali „nie dasz rady”, że się da. Zrobił to, byśmy stawiali sobie wielkie cele, bo jak mówi, żaden „cel nie jest za duży”. Zrobił to też po to, by zobaczyć, gdzie leży granica ludzkich możliwości – fizycznych i psychicznych. Co ciekawe, okazało się, że jeszcze do niej nie dotarł, bo po 50. dniu był w stanie ciągnąć to dalej.

Od zapasów do Ironmana

Iron Cowboy narodził się w 2011 roku. Podczas zawodów w Kanadzie, w czasie maratonu założył kapelusz. Było tylu startujących, że musiał się czymś wyróżnić, by żona go dostrzegła. Zadziałało, a przy okazji porwał swoim nakryciem głowy tłumy. Kapelusz przylgnął do niego i później często zakładał go na część biegową triathlonu.

Facet nigdy nawet nie powąchał profesjonalnego sportu wytrzymałościowego. Co prawda przez kilka lat trenował zapasy, ale ta dyscyplina ma z triathlonem tyle wspólnego co z przechowywaniem ogórków w słoikach przez zimę.

Zaczął biegać mniej więcej w wieku 28 lat, a w pierwszych zawodach, na cztery mile, w Święto Dziękczynienia, ledwo dobiegł do mety. Żona go zapisała, a później uznała, że potrzeba mu większych wyzwań i zgłosiła do maratonu. Nie podobało mu się. Tak jak każdy debiutant, przeklinał dzień startu, a przez kolejny tydzień schodził ze schodów tyłem. Potem, zgodnie z naturalnym procesem rozwoju biegacza, przeszedł do triathlonu. Do treningów dołożył rower, nauczył się pływać (w wieku 29 lat!) i w jego sportowym resume pojawiły się pierwsze starty w wyścigach na sprinterskim dystansie. Po trzech latach przygody z triathlonem, w 2008 roku wystartował na pełnym dystansie Ironman. Po jakimś czasie także to okazało się dla niego niewystarczające i postanowił pobić rekord świata w liczbie ukończonych zawodów ½ Ironman (22 wyścigi w 2010 roku). – Kto by chciał być rekordzistą świata w pół-Ironmanie? Chciałem być rekordzistą w pełnym – tłumaczył. No i na tym dystansie też pobił rekord – 30 wyścigów w 2012 roku w oficjalnych zawodach, rozgrywanych na całym świecie.

Pomimo tak ogromnego wysiłku, uznał, że nie osiągnął swoich granic fizycznych i psychicznych. Wiedział, że może zrobić jeszcze więcej. Po konsultacjach z żoną, która wspiera go we wszystkich jego szalonych przedsięwzięciach, ogłosił, że podejmie się 50-krotnego pokonania dystansu Ironman, z rzędu, w różnych stanach USA (nie podczas oficjalnych zawodów, na certyfikowanej trasie, bo nigdy nie miała to być próba bicia rekordu Guinnessa)

Nie przejmuj się brakiem pełnego planu

Co ciekawe, podczas swoich pierwszych dwóch projektów, James Lawrence żył praktycznie za „krajowe minimum” i razem z żoną utrzymywał piątkę dzieci. Ci co kiedyś próbowali triathlonu wiedzą, jak drogi jest to sport. Samo wpisowe kosztuje tyle, że można by nim opłacić kilka startów w maratonach i starczyłoby jeszcze na kolację w warszawskiej restauracji. Do tego dochodzi zakup roweru, koszt samych przygotowań (trener, treningi na basenie, odżywki, itd) i podróży. Gdy wpadł na pomysł pobicia pierwszego rekordu świata nie wiedział, skąd będzie miał na to fundusze. Nie miał wszystkiego zaplanowanego. Zapisał się po prostu na wszystkie planowane zawody, a potem martwił się tym, jak je opłaci. Sprzedał prawie wszystko co miał, a resztę zdobył od sponsorów i innych ludzi dobrej woli – organizatorów, którzy nie pobierali opłaty, czy też innych triathlonistów, którzy udostępniali mu miejsce do noclegów. Dziś utrzymuje się ze środków od sponsorów (Young Living Essential Oils), jest personalnym trenerem triathlonu i profesjonalnym mówcą.

Jest to pierwsza lekcja, którą mnie nauczył. Wcale naszych marzeń nie musimy mieć zaplanowanych od początku do końca. Trzeba po prostu zaryzykować i zaczął działać. Jeśli faktycznie to nasze marzenie, to znajdziemy sposób, by je osiągnąć.

10 dni na diabelskim młynie

Pod względem fizycznym, nie ma w nim niczego nadzwyczajnego. Nie ma wielkiego talentu do sportów wytrzymałościowych, co potwierdzają jego badania wydolnościowe. Jego rekord życiowy na dystansie Ironman to 10:18 (o ponad 2,5 godziny wolniej od rekordu świata). To czym się wyróżnia jest, jak sam mówi, „przestrzeń pomiędzy uszami”. Jest to człowiek o ponadprzeciętnej psychice, który potrafi znieść więcej, niż przedszkolanka. Gdy miał 19 lat wygrał konkurs w parku rozrywki, jeżdżąc na diabelskim młynie przez 10 dni z rzędu, robiąc tylko dwie przerwy dziennie na toaletę. Wygrał 10 tysięcy dolarów i za te pieniądze przeprowadził się do amerykańskiego stanu Utah, z kanadyjskiego Calgary, gdzie się urodził.

Już wtedy potwierdził, że jeśli postawi sobie cel, to nic go nie powstrzyma w osiągnięciu go.

Upadek – skuteczny budzik

Zanim został Iron Cowboyem, przez kilka lat był właścicielem firmy zajmującej się kredytami hipotecznymi. Zarabiał dobre pieniądze, miał dom, samochody, w teorii wszystko co potrzebne do szczęśliwego życia. W końcu przyszedł  kryzys w 2008 roku i stracił wtedy praktycznie wszystko. Jak się później okazało, było to najlepsze co mogło mu się przytrafić. W pracy za biurkiem, użerając się z bankami, patrząc w cyferki, nie był szczęśliwy. Był za to zmęczony swoim życiem i pomimo świetnej kondycji finansowej zupełnie nie sprawiało mu ono przyjemności. Od tamtego momentu zaczął żyć zgodnie ze swoją pasją i dziś, pomimo tego, że jego konto bankowe nie pęka w szwach jak kiedyś, jest znacznie szczęśliwszy.

Czasami spadek na samo dno może być impulsem do zmiany, pobudką i początkiem lepszego życia. O ile zaczniemy kierować się tym, co podpowiada nam serce, a nie portfel. Nie ma co się na tym dnie załamywać, tylko cieszyć tym, że może być tylko lepiej. Często jest tak, że gdy ktoś jest nieszczęśliwy, coś mu się zawali, np. straci pracę, zakończy związek, to często nie wyciąga z tego wniosków i postępuje tak samo jak wcześniej. Szuka podobnej pracy, która jest daleka od jego prawdziwej pasji i wiąże się z podobnymi, niewłaściwymi dla niego ludźmi. Popełniając ciągle te samy błędy, będziemy spadać na to samo dno – tłumaczył. 

Jak mówił Einstein definicją szaleńca jest postępować cały czas tak samo, oczekując innych rezultatów.

„Tri and give a dam”

James Lawrence łączy dziś pasję nie tylko ze swoją pracą, ale też z możliwością pomagania innym. Wszystkie jego projekty mają na celu pokolorowania czyjejś szarej rzeczywistości. Gdy pobijał rekord świata, zbierał pieniądze na zbudowanie systemu retencyjnego w Kenii, by ułatwić ludziom dostęp do pitnej wody. Swoją akcję nazwał „Tri and give a dam” (w beznadziejnym przetłumaczeniu oznacza „Uprawiaj triathlon i daj tamę”. Po angielsku brzmi to znacznie lepiej, bo podobnie brzmiące „give a damn”, oznacza „zainteresuj się”).

27. wyścig Ironman (spośród tych 30 w jednym roku) pokonał w towarzystwie Daytona, chłopca z porażeniem mózgowym dziecięcym. Chciał, by także i on mógł się poczuć jak „człowiek z żelaza”. Płynął z nim, ciągnąc go w pontonie, jechał na rowerze, z przymocowaną specjalną przyczepką i biegł z nim, przez 42 kilometry pchając wózek. Podczas tego wyścigu miał kilka momentów zwątpienia – miał problemy techniczne z rowerem, nie czuł się najlepiej i chciał zrezygnować. Za każdym razem, gdy pojawiała się taka myśl, szybko wyrzucał ją z głowy – Dayton nie może jechać na rowerze i zrobiłby wszystko, by mógł, a ja mam to szczęście, że mogę. Dayton nie może biegać, a ja mam to szczęście, że mogę. Nie mogę tak po prostu się wycofać – myślał wtedy. Po 16 godzinach dobiegł do mety.

Podczas akcji 50-50-50 zbierał pieniądze na Fundację Jamie Olivera, która walczy z otyłością wśród dzieci i młodzieży oraz promuje zdrowy tryb życia. James zdecydował się właśnie na tę fundację po tym jak usłyszał przerażające statystyki na temat nawyków żywieniowych i stanu zdrowia najmłodszych, a także wnioski, które z nich płyną – po raz pierwszy w historii żyjemy w czasach, w których rodzice będą żyć dłużej od swoich dzieci. – Wszyscy martwili się o moje zdrowie. Ja jednak jestem wytrenowanym sportowcem – sporo czasu poświęciłem na treningi, odpowiednio się odżywiałem i suplementowałem. Podczas jazdy na rowerze miałem tętno na poziomie ok. 120. Ludzie otyli, którzy odżywiają się w niewłaściwy sposób, prowadzą siedzący tryb życia, cały czas mają takie tętno, przez 365 dni w roku. Ja miałem je tylko przez 50. To o tych ludzi należy się martwić, nie o mnie – wyjaśniał.

Za cel postawił sobie, że uzbiera milion dolarów. Może nie w czasie jednej akcji 50-50-50 (podczas niej zebrał 78 tys.$), ale na pewno nie spocznie, dopóki do celu nie dopłynie, nie dojedzie lub nie dobiegnie.

Walka z epidemią otyłości

Pokonanie 50 Ironmanów, bez właściwej diety jest niemożliwe. James je głównie to, co jego żona nazywa „jedzeniem Jezusa” – czyli wszystko co dała nam ziemia, co rośnie lub żyje naturalnie w przyrodzie, bo to jest dla nas dobre. Media lifestylowe przekonują, że banany tuczą, bo są kaloryczne i pełne węglowodanów, a orzechy mają dużo tłuszczu, a tłuszcz to zło. Akurat tego typu węglowodany, tego typu tłuszcze są dla nas zdrowe i nie powinniśmy ich unikać. – Mamy w kraju ogromną epidemię otyłości. Musimy zacząć jeść normalne jedzenie, nie przetworzone, sztuczne, śmieciowe. Musimy edukować dzieci pod tym względem i sami dawać im przykład. Musimy zmienić swój styl życia. Ludzie niszczą swój organizm przez 10,15,20 lat, a potem myślą, że 90-dniową dietą cud wszystko przywrócą do normy. Tak to nie działa. Lepiej przez całe życie jeść w miarę zdrowo, od czasu do czasu nie odmawiając sobie przyjemności, takich jak pizza, czy lody, niż przez większość życia spożywać niewłaściwe produkty, prowadzić mało aktywny tryb, a potem przez miesiąc katować się rygorystyczną dietą.

50-50-50

25 lipca, Lehi, niedaleko Salt Lake City, w stanie Utah. James Lawrence dobiega do mety ostatniego maratonu. Jak zwykle, na ostatnich 5 kilometrach towarzyszy mu jego najstarsza córka, Lucy.

Zrobił to. Nie tylko ukończył finałowego Ironmana, ale zrobił to najszybciej spośród wszystkich 50, w ok. 11 godzin i 30 minut. Przybiegł w świetnej formie. Nic go nie bolało, nie miał żadnych kontuzji mięśniowych, czuł się tak dobrze, że mógłby następnego dnia ponownie wskoczyć do basenu, potem wsiąść na rower i pobiegać. Jedyne co mu dokuczało do drętwienie palców u stóp i dwóch zewnętrznych palców u dłoni – Najgorsze było pierwsze 20 dni. Mój organizm nie wiedział co się dzieje i mniej więcej dopiero po półmetku się zaadaptował. Ostatnie 20 dni były zdecydowanie łatwiejsze, pokonane nieco z rozpędu. Podczas całego przedsięwzięcia miałem niewiele problemów technicznych z rowerem. Miałem też praktycznie jedną poważniejszą kraksę, gdy w upalny dzień zasnąłem na rowerze, wylądowałem na asfalcie i poobijałem sobie biodro. Pojawiły się też drobne problemy z palcami u stóp i paznokciami i w pewnym momencie musiałem wyciąć dziurę w butach, by zmniejszyć ból.

Poza tym opanowanie bólu i umiejętność radzenia sobie z nim, to jedna z jego cech charakterystycznych. Ból stóp na pewno nie stanąłby na przeszkodzie w ukończeniu wyzwania.

O ile pierwsze 20-30 Ironmanów było najtrudniejsze pod względem fizycznym, o tyle pierwsze cztery były zdecydowanie najbardziej wymagające pod względem logistycznym. Wszystko zaczęło się 6 czerwca na Hawajach, skąd zaraz po mecie musiał lecieć regularnymi liniami lotniczymi na Alaskę. W związku ze zmianą czasu i straconymi przez to kilkoma godzinami, pokonywał dwa odcinki, praktycznie bez snu. Potem z Alaski leciał do stanu Waszyngton, a kolejnego dnia znowu czekała go 10-godzinna podróż do kolejnego stanu.

Przez wstępne trzy dni łącznie spał zatem tylko 7,5 godziny. W pierwszym tygodniu schudł też cztery kilogramy. Razem z trenerem uznali, że to za dużo i nie może w tym tempie tracić wagi. W kolejnych dniach jadł najwięcej jak tylko mógł. Wstawał ok. godziny 6:00 i zaczynał dzień od dwóch misek owsianki z orzechami i miodem. Ok. 7:00 wchodził do wody. Po przepłynięciu 3,8 kilometra spożywał ogromne drugie śniadanie, o łącznej wartości ok. 2-3 tys. kalorii. Jadł też sporo na rowerze – bułki, batony, banany. Po przejechaniu 180 kilometrów przyrządzano mu porządną kolację i ok. 17:00 rozpoczynał bieg, po którym też pochłaniał kolejne porcje jedzenia. Średnio jadł 8 tys. kalorii i spał 4-5 godzin dziennie.

Rodzina wygrywa

Jego rodzina cały czas była z nim. Podróżowali wspólnie dużym camperem, a gdy James był na trasie, jego żona Sunny razem z piątką dzieci, w wieku pięciu, siedmiu, dziewięciu, jedenastu, dwunastu lat robili to co najciekawsze w mieście, w którym akurat przebywali. Chodzili do muzeów, zoo, parków rozrywki, parków wodnych. To był też jeden z celów Kowboja – by jego dzieci miały wakacje życia. Brały one zresztą udział w planowaniu trasy. Wspólnie usiedli przy mapie i razem z tatą ustalali, gdzie chcieliby jechać.

Wiele osób zastanawiało się czemu robię to w czerwcu i lipcu, gdy jest najcieplej i jest najbardziej duszno. Powód był jeden – dzieci miały wolne od szkoły i tylko wtedy mogły ze mną jechać. Bez ich obecności, na pewno by mi się nie udało ukończyć wszystkich 50 dystansów. Wiedziałem, że zawsze są na mecie, czekają na mnie i to dodawało mi sił i motywacji. Robiłem to dla nich, bo chcę dać im przykład do naśladowania, że żaden cel nie jest za duży i każdy mogą osiągnąć – mówił Iron Cowboy.

Rodzina to dla niego priorytet. Nie wszyscy w to wierzą, bo myślą, że niemożliwe jest połączenie tak dużej liczby godzin treningowych i startów, z wychowywaniem dzieci i spędzaniem z nimi czasu. James chodzi jednak na basen z samego rana i wraca tak, by mógł osobiście zawieźć wszystkie dzieci do szkoły. Drugi trening przeprowadza w godzinach lekcyjnych i kończy go o takiej porze, by móc dzieci odebrać. Wieczory są tylko dla nich. Zabiera je też na tyle wyścigów, na ile jest w stanie. Spędza z nimi więcej czasu niż przeciętny rodzic, którego w firmie gonią ASAP-y i jeśli nie siedzi godzinami w pracy, to przynosi pracę do domu. Nieocenioną rolę odgrywa w tym wszystkim też jego żona, z którą wszystko uzgadnia, konsultuje i nie robi niczego, na co ona nie dałaby mu zielonego światła. – To ona jest w naszym małżeństwie mistrzem świata – mówi.

Zresztą Sunny nie może mieć teraz pretensji, bo sama zapisała go na pierwszy maraton.

Jamesowi towarzyszyła nie tylko rodzina, ale też sztab ludzi – miał przy sobie dwóch zaufanych przyjaciół, których nazywał „Wingmenami”. Byli oni kierowcami jego campera i robili wszystko, by jego kampania zakończyła się powodzeniem. Spali mniej niż on, a pracowali prawie równie ciężko. Od czasu do czasu odwiedzał go także lekarz, a także fizjoterapeuta by upewnić się, że nic mu nie zagraża i że wszystko z jego zdrowiem jest w porządku.

Podczas każdego z odcinków – w wodzie, na rowerze, w biegu – towarzyszyli mu także zwykli kibice, ludzie, których zainspirował, przyjaciele i miłośnicy sportu.

Żaden cel nie jest za duży

Gdy zaczynałem, wiele ludzi mówiło, że to niemożliwe. Lekarze, sportowcy, trenerzy, którzy nie chcieli podjąć się współpracy ze mną, bo uznali, że zwariowałem. Myślę, że wiele osób przekonałem, że ludzki umysł i ciało są w stanie dokonać wiele. Pokonanie tych 50 pełnych dystansów Ironman jest dla mnie jednak dopiero początkiem i wstępem do kolejnych moich działań. Może już nie tak szalonych, ale edukacyjnych. Moje osiągnięcie jest jedynie platformą do tego, by podnosić  świadomość ludzi dotyczącą zdrowego trybu życia, aktywności, właściwego odżywiania. Chcę także motywować ludzi do dążenia do czegoś, co na początku może wydawać się poza naszym zasięgiem. Do czegoś co być może jest trudne, ale da nam wielką satysfakcję – podsumował.

Jeśli zatem myślicie, że czegoś się nie da, to pewnie się da. Jeśli chcielibyście coś zrobić, ale uważacie, że nie macie pieniędzy, to też jest to raczej tylko wymówka. Jeśli uważacie, że ktoś lub coś was ogranicza, nie macie czasu, to po ustaleniu priorytetów, ten czas się znajdzie. Jeśli uważacie, że nie macie do swojej pasji predyspozycji, to być może musicie poświęcić na to trochę więcej czasu i pracy.

Jeśli jakiś cel, jakieś marzenie wydaje się wam tak duże, że aż wstyd jest wam się przed innymi do niego przyznać, to właśnie do niego powinniście dążyć. I nie możecie słuchać tych, którzy mówią wam, że to niemożliwe.

Tego nauczył mnie Iron Cowboy.

Photo: Young Living Essential Oils

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!