fbpx

Wracam!

Mija trzeci tydzień, odkąd po raz kolejny postanowiłem, że cierpienie, pot i łzy będzie tym czym będę się zajmować w wolnej chwili. Od trzech tygodni trenuję, biegam i przestaję tyć. 

Wprowadzenie do treningów biegowych nie jest nawet takie straszne. Ba, jest wręcz przyjemne. Dusza mi się raduję, gdy zerkam do planu treningowego na kolejny tydzień. Dystanse są malusienkie, takie nieśmiałe, czasami nieprzekraczające dziesięciu kilometrów, a tempo tak niskie, jakby się bało, że się obrażę, jeśli narzucone będzie coś odrobinę zbyt szybkiego. Zdecydowanie łatwiej wychodzi się na taki łagodny trening, niż na ten w połowie kwietnia, który czeka z batem i wychodzi z założenia, że rekordy padają tylko wtedy jeśli zawodnicy padają na treningach. 

Co ciekawe, krótkie treningi, wcale nie okazują się dużo krótsze od tych długich. Psychika. Jak wiesz, że masz pokonać 24 kilometry, to się na tyle nastawiasz, wiesz, że będzie długo, włączasz audiobooka „Potop” na słuchawkach i jakoś leci. Jeśli natomiast masz w planie osiem kilometrów, to nastawiasz się na coś króciutkiego, a potem ku twojemu zaskoczeniu, po 15 minutach okazuje się, że dalej trzeba biec i nawet nie jesteś w połowie. Na krótkie treningi łatwiej się wychodzi, z większym entuzjazmem sznuruje się buty i łatwiej przed nimi zaciąga się zimowe leginsy. Przed długimi, przeważnie odbywa się 12-rundowa walka z myślami, ale jeśli ma się twardą psychę, to żaden napakowany murzyn w narożniku nas nie powstrzyma. 

Jeśli biegacz mówi, że się regularnie rozciąga to albo jest jakiś dziwny, albo kłamie. Biegacze nie lubią za bardzo robić nic poza naprzemiennym ruszaniem nogami w poziomie, więc nawet wyjście na siłownię jest dla nich równie trudne, co zjedzenie tylko JEDNEGO czipsa. Niestety, siłka odgrywa ważną rolę w treningu biegowym, bo bez siły jesteśmy w zawodach bezsilni. Trochę żelastwa trzeba poprzerzucać, żeby w trakcie sezonu nie mieć wyrzutów sumienia. Trzeba zabrać te swoje chuderlawe ramionka do świata nabitych bicepsów, klat tak szerokich, że się nie mieszczą na klatce schodowej (obiecuję, to już ostatni raz, kiedy używam podobnie brzmiących słów dwa razy, w różnym znaczeniu) i łapsk tak twardych, że można by na nich tłuc mięso do rolady. Jedyne, co ja mogę wnieść wartościowego do tego świata to umięśnione łydki, ale na nie i tak nikt nie zwraca uwagi, jak na numer telefonu na billboardzie. 

Generalnie na siłowni to więcej ciężarów przenoszę, gdy muszę zdjąć obciążenia ze sztangi po poprzedniej osobie, niż wtedy, gdy sam z tą sztangą się morduję. Czasami inni ćwiczący mylą mnie ze sprzątaczem, którego zadaniem jest odkładanie wszystkiego na swoje miejsce. Przeważnie po skończeniu ćwiczenia na jakiejś maszynie, typu atlas, wyjmuję ten mały dzyndzel, którym ustala się obciążenie i wstawiam go o kilka obciążników niżej, by nie robić sobie wstydu. Nie chciałbym, żeby kolejna osoba zrobiła sobie krzywdę przez niekontrolowany śmiech podczas wyciskania na klatę. 

Generalnie chodzi o to, że grudzień to czas, kiedy jestem słaby niczym herbata dla kobiety w ciąży. I czerpię z tego okresu dużo radości. Nie trzeba się spinać, pilnować tempa i stresować formą, tylko można czerpać przyjemność z innych aktywności. Cierpienie, pot i łzy jeszcze przyjdą, prawdopodobnie na wiosnę, chyba, że wcześniej, na siłowni, włączę sobie „Króla Lwa” biegnąc na elektrycznej bieżni. 

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!