fbpx

Dlaczego powrót sportu to dobry pomysł

Wiadomo oficjalnie kiedy wróci sport w takiej formie, w jakim go znamy. Będzie to… 

No niestety nie wiemy i przez długi czas się tego nie dowiemy. Na razie musi nam wystarczyć powrót sportowców do gry na zamkniętych stadionach i pustych halach, co nastąpi tuż tuż. Będzie inaczej, będzie dziwnie, ale będzie też trochę tak swojsko, jak na podwórku. Usłyszymy co zawodnicy do siebie mówią, jak ze sobą się komunikują i przypomnimy sobie jak pięknie brzmi piłka wpadająca na napiętą siatkę. Możliwe, że trzeba będzie transmitować mecze przy kilkusekundowym opóźnieniu, by realizator zdążył ocenzurować wszystkie przekleństwa. Domyślam się, że ich częstotliwość będzie podobna do wymiany podań w FC Barcelonie. 

Nie wszystkim plany rozruchu zawodowego sportu się podobają. Przeciwnicy mają pretensje, twierdząc, że nie wypada, że są ważniejsze sprawy niż grupa facetów, którzy chcą sobie pobiegać za piłką. Wielu uważa, że nie powinno się marnować testów na zupełnie zdrowych i młodych ludzi, którym prawdopodobnie COVID-19 większej krzywdy nie zrobi, gdy w szpitalach toczy się prawdziwa walka o życie. Słyszę też wiele opinii, że to wszystko dla pieniędzy. Że chodzi o to, by dodać kolejne zera na kontach bankowych stacji telewizyjnych wartych biliony, by wypchać portfele właścicieli klubów o miliardowych majątkach oraz by jeszcze bardziej napełnić męskie torebki piłkarzy milionerów. 

Ja nie mam z tym żadnego problemu i już tłumaczę dlaczego. 

Po tym jak zbombardowane zostało Pearl Harbor i Amerykanie oficjalnie włączyli się do II wojny światowej, komisarz ligi baseballa MLB, Kenesaw Mountain Landis, zapytał ówczesnego prezydenta USA, Franklina D. Roosevelta, czy mogą kontynuować sezon. Ten odpowiedział mu, że nie tyle mogą, co powinni i nawet poprosił o zwiększenie liczby dni meczowych. Wszystko po to, by poprawić morale obywateli. Baseball był dla nich niezwykle ważny i był odskocznią od codziennych problemów. 

Profesjonalny sport, prowadzony pod okiem ekspertów od zdrowia publicznego, właśnie taką rolę pełniłby też dzisiaj. Nawet jeśli nie obchodzi cię, czy Watford FC utrzyma się w lidze, albo czy Memphis Grizzlies awansują do play-offów, to wiedz, że tym żyją miliony. Wznowienie gry miałoby nieoceniony wpływ na ich kondycję psychiczną, a gwizdek na ponowne rozpoczęcie zmagań byłby odgłosem kojącym nerwy ogromnej rzeszy miłośników sportu, którzy jak wszyscy, żyją w strachu i niepewności.

Nie chodzi tu tylko o element rozrywki i urozmaicenie dnia, który codziennie wygląda tak samo (każdy dzień tygodnia można by nazwać Sobniertek) – rozwiązujemy zadania domowe z przyrody, próbujemy wcisnąć w grafik dnia trochę pracy zawodowej, pilnujemy terminów w Tesco, oglądamy kolejne zestawy ćwiczeń w domu, których i tak nie robimy i kłócimy się z żoną co obejrzeć na Netflixie, gdy dzieci już śpią. 

Chodzi o to, by dać ludziom optymizm, nadzieję, że ta pandemia kiedyś się skończy. Potrzebujemy tego równie bardzo, co szybkich i skutecznych testów. Kwarantanna jest jak ścisła dieta. Nie da się na niej wytrzymać zbyt długo. Prędzej czy później ześwirujemy, jeśli od czasu do czasu nie zrobimy sobie tzw. „cheat day” i nie zjemy hamburgera, z sernikiem na deser. Na dłuższą metę nie można tak żyć, w zupełnej izolacji, bez światełka na końcu tunelu. Jeśli nie wykończy nas koronawirus to prędzej czy później zrobi to twój współlokator, bo nie będzie mógł wytrzymać dźwięków jakie wydajesz jedząc Snickersa. 

Jeśli chodzi o aspekt finansowy i to, jak to dzisiejszy świat tylko goni za pieniądzem, za wszelką cenę. 

Tak, wznowienie brytyjskiej Premiership, hiszpańskiej La Liga, czy amerykańskiej ligi NBA pewnie wpłynie korzystnie na sytuację finansową arabskich szejków, następców Abramowicza i innych miliarderów, którzy zarobią na tym setki, tysiące lub miliony funtów, albo euro. Nie zapominajmy jednak o innych setkach, tysiącach, czy milionach – o setkach, tysiącach, a nawet milionach ludzi, którzy mają pracę dzięki piłce nożnej, koszykówce, tenisowi, czy kolarstwu: ochroniarze, ludzie opiekujący się nawierzchnią trawiastą, operatorzy kamer i ekranów na stadionie, hostessy, specjaliści od hospitality, sprzedawcy hot dogów i piwa, osoby w kasach i sprawdzające bilety, specjaliści od marketingu i social mediów, rzecznicy prasowi, klubowi kucharze, masażyści, pracownicy techniczni oraz wielu wielu innych. Nawet jeśli nie będą oni wykonywać swojej pracy w najbliższym czasie, to być może pracodawca tak czy tak pokryje ich wynagrodzenie lub decyzja o ich zatrudnieniu w kolejnym sezonie będzie szybsza i łatwiejsza.

Fakt, sport to biznes, ale sport to też źródło utrzymania dla sporego procentu ludzi na całym świecie. Nie zapominaj o tym. Klub piłkarski nie różni się wiele od galerii handlowej pod tym względem. Odmrażanie gospodarki to też odmrażanie murawy po chłodnym kwietniu. Nie krytykujemy sieci odzieżowych za to, że liczą na otwarcie sklepów, więc nie krytykujmy przedstawicieli sportu, gdy starają się ratować swój biznes i miejsca pracy (przy zachowaniu wszystkich środków ostrożności i zaleceń ekspertów).  

Nie miejmy też pretensji o to, że związki sportowe i organizatorzy imprez zastanawiają się nad planem powrotu i możliwych datach, zdzierając sobie włosy z głowy, by wcisnąć wszystko co możliwe w drugiej połowie kalendarza. Co innego im pozostaje?  To jest ich jedyne źródło dochodu, jedyny sposób, by utrzymać rodzinę wielu pracowników. Czy mają tak po prostu rozłożyć ręce, poddać się i złożyć wniosek o bankructwo? Jeśli ostatecznie koronawirus im na to nie pozwoli to trudno, ale nie wypominajmy im, że próbują, że szukają optymistycznych wariantów. Optymizm to jedyne, czego w obecnych czasach nie może nam zabraknąć. 

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!