fbpx

Jak zamienić wadę w zaletę?

Gdy zaczynałem liceum byłem tak nieśmiały, że mój głos można było usłyszeć tylko wtedy, gdy byłem brany do odpowiedzi. Byłem cichy jak publiczność na turnieju golfowym i prześlizgiwałem się przez korytarz niezauważalny, niczym ninja. Na szczęście po kilku miesiącach trochę się rozkręciłem i zdarzyło mi się nawet kogoś zapytać, w jakiej klasie mamy kolejną lekcję.

Z każdym kolejnym semestrem było coraz lepiej. Kończyłem szkołę z tytułem najlepszego sportowca szkoły i poczuciem, że w sumie to mógłbym tutaj spędzić jeszcze jeden rok. Niestety zdałem maturę za pierwszym razem, wiec nie było mi to dane. Na studiach było podobnie. Gdy musiałem wystąpić w sali, czy na auli pociłem się jak w treningu progowym. Nigdy nie byłem duszą towarzystwa i unikałem wystąpień, tak jak przechodnie unikają odpowiedzialności, gdy ktoś mdleje na ulicy. Wszyscy, byle nie ja. 

Potem jednak wyjechałem do Stanów na Work&Travel, gdzie nieco się odnieśmieliłem. Wraz z przekroczeniem granicy amerykańskiej, musiałem zacząć też przekraczać granicę swojej strefy komfortu. Wcześniej np. bałem się wykonać telefon do obcej osoby, a teraz musiałem to zrobić, by zdobyć pracę lub załatwić jakieś formalności, i to po angielsku. Realizowanie takich drobnych czynności mnie budowały i rozwijały. Po ukończonych studiach zacząłem zdobywać swoje pierwsze doświadczenia zawodowe, moja osobowość się polerowała, aż wreszcie mogłem zacząć spokojnie funkcjonować w społeczeństwie.

Pomimo tego, że mój charakter i osobowość ewaluowała, jeden z etapów ewolucji został pominięty – umiejętność wystąpień publicznych. Gdy mam powiedzieć coś przed większą grupą ludzi, zachodzą w moim organizmie jakieś dziwne reakcje chemiczne, które trudno jest mi wytłumaczyć. Powodują one np. łzawienie oczu, albo trzęsący głos. Chwilę przed wystąpieniem nie czuję nawet większego stresu, bo zwykle jestem dobrze przygotowany i zdają sobie sprawę, że większość osób na sali jest mi przychylna. Pomimo tego mój organizm nie chcę współpracować, a mózg nie może się dogadać z układem nerwowym. 

Jakiś czas temu postanowiłem to zmienić. 

Wiedziałem, że jedynym sposobem na to, żeby zacząć przemawiać publicznie, to zacząć przemawiać publiczne. Tak jak z bieganiem. Żeby biegać, trzeba biegać. Nie ma innej drogi. 

Wiedziałem też, że muszę mówić o czymś co mnie prawdziwie pasjonuje, nie o żadnych kejs stadis, współczynnikach konwersji, czy lejkach sprzedażowych. 

Tak oto wylądowałem w American Corner w Katowicach. Opowiadałem tam, po angielsku, o moich przygodach w Stanach Zjednoczonych, próbując przekonać uczniów, że Ameryka jest jak parking Lidla – co prawda kosztuje, ale w sumie to jest dostępna dla każdego. Uczniowie słuchali, niewiele osób grało w Fortnite’a i prawie nikt nie zasnął. Po wszystkim zadano mi nawet kilka pytań. Było dużo przyjemniej i łatwiej niż mi się wydawało. Leczenie kanałowe ze znieczuleniem też nie jest wcale takie straszne jak może się wydawać.  

Kilka dni później, po 15-letniej przerwie, odwiedziłem moje liceum, Siódemkę. Jako nastolatek, jeździłem tam codziennie autobusem 912 i przechodząc z przystanku do szkoły zawsze czułem niemały stres, bo nie wiedziałem co mnie tego dnia czeka. Czy zostanę zapytany z nieprzeczytanej „Lalki”, czy ktoś nie zaserwuje nam niezapowiedzianej kartkówki, czy może pani z fizyki postanowi przetestować swojego ulubionego „przystojnego pana co chce mieć czwórkę na koniec”?

Do wszystkiego w życiu, również do szkoły, podchodzę jak do sportu, więc każdy przedmiot traktowałem jak pojedynek z nauczycielem i zła ocena oznaczała moją porażkę. Nie mogłem do tego dopuścić, więc starałem się zawsze być przygotowany, ale przez to byłem też bardzo zestresowany. 

Teraz, 15 lat po moim ostatnim dzwonku, znowu czułem zdenerwowanie, choć z zupełnie innego powodu. Tym razem to nie ja byłem przepytywany, tylko ja przepytywałem kogoś, a dokładnie Dustina Wattena, libero siatkarskiej drużyny GKS Katowice, brązowego medalistę mistrzostw świata z reprezentacją USA. Ameryka, amerykański sport, wiele wątków o rozwoju i dyscyplinie – to był mój żywioł, choć było to surrealistyczne uczucie, prowadzić takie spotkanie w miejscu, w którym kilkanaście lat temu bałem się wychylić głowę zza piórnika. Z tego powodu zawsze miałem piórnik trzypoziomowy, jak najgrubszy.

Dziwnie było też organizować to spotkanie z panią z angielskiego, dzięki której do dziś pamiętam wszystkie trzy kolumny tabelki z nieregularnymi czasownikami i wiem, że peron po angielsku to nie jest peron, wymawiany z angielskim akcentem, tylko platform. 

Wtedy, gdy miałem 17 lat, zalążki zarostu i brak świadomości jak dziwnym się jest na tym etapie życia, nigdy bym nie pomyślał, że wrócę do tej szkoły kilkanaście lat później i będę rozmawiał z czołowym siatkarzem globu na swojej pozycji przed nieznaną mi klasą. O to jednak chyba chodzi, by swoje obawy zamieniać w ekscytację, wadę w zalety, a ze słabej strony uczynić swoją największą siłę. 

Leave a Comment

Get Exclusive Content

Sign up and we’ll send you great content!